Heeeeej!
Już dawno nie wstawiałam takiego luźnego posta. POstanowiłam zrobić to dziś. Ale do rzeczy...
Aktualnie jestem chora(nie polecam chorować w wakacje) i niestety mimo, że nie jest to coś poważnego mój organizm jest strasznie osłabiony. Każdą chorobę tak przechodzę, więc nie martwcie się. NOALE do czego zmierzam. W kolejny weekend mnie nie będzie z racji tego, nie będzie też rozdziałów. Potem nie wiem jak to wszystko się wydarzy, ale nie chcę robić takich mego dużych przerw. Dlatego wymyśliłam, że w tym tygodniu mogłabym zrobić maraton. Nie będzie to jakoś dużo rozdziałów, ale zawsze więcej. Myślę, że możemy spokojnie do 5 dolecieć. Mogłabym je wstawiać codziennie po jednym, bądź wszystkie na raz...Albo może 2 dziennie? No nie wiem, piszcie jakbyście wolały.
CO do kolejnego rozdziału...moje zmysły są na razie otępiałe przez chorobę, a chciałabym, żeby spotkanie Jacka i Elsy po dwóch latach było napisane naprawdę dobrze i "z uczuciem". Także pisanie idzie mi znacznie wolniej, niż bym tego chciała.
Martwi mnie też liczba komentarzy, chociaż bardzo dziękuję Watashi wa Hentai za gorliwie wstawiane komentarze i ciepłe słowa ;*. Nie chcę nic wymuszać, bo sama tego nie lubię. Więc nie odbierajcie tego jako granie ofiary!
No...takze nie wiem co jeszcze mogłabym napisać. Chyba teraz wy się wykażcie twórczością XD
Pozdrawiam ;*
sobota, 13 sierpnia 2016
środa, 10 sierpnia 2016
Rozdział XXIX
Elsa
Obudziły mnie promienie słońca. Zawsze, mimo wszystko wstawałam wraz z nimi. To dobrze, przynajmniej nie potrzebowałam wkurzającego budzika. Wstałam i przeciągnęłam się. Miałam na sobie tylko koszulkę z krótkim rękawem i krótkie spodenki, więc z całych sił starałam się nie patrzyć na swoje ciało.
Wstałam i udałam się do łazienki. Po porannej toalecie poszłam coś zjeść. Nigdy rano nie jadłam dużo, nie od kiedy wróciłam stamtąd. Napiłam się tylko kawy i przegryzłam jakąś kanapkę przeglądając portale społecznościowe. Nie wchodziłam na swojego Facebooka, Instagrama ani nigdzie, gdzie byłam znana pod swoim imieniem i nazwiskiem. Spokojnie za to przeglądałam Tumblr'a, YouTube, a nawet zajrzałam na Wattpada. Wszędzie miałam założone nowe konta. Chciałam pozostać niezauważona.
W końcu nadszedł czas, bym się ubrała, a także umalowała. Pozbyłam się z domu wszystkich niepotrzebnych, dużych luster. Miałam tylko jedno, małe, na toaletce. Potrzebowałam go tylko do makijażu. Na twarz mogłam patrzeć-nie była zniszczona jak reszta ciała.
Założyłam dżinsy i koszulkę z długim rękawem. Na nadgarstki założyłam bransoletki, a na szyje naszyjnik. Chciałam zakryć jak największą ilość ciała. Zniszczonego ciała, którego przestraszyłyby się dzieciaki. A tego nie chciałam.
Nie malowałam się tak, jak wtedy kiedy chodziłam do szkoły. Teraz nakładałam zaledwie jakiś jasny cień do powiek, albo malowałam usta. Tusz do rzęs był zbędny, bo mimo, iż moje rzęsy zawsze były gęste i ciemne, teraz stały się długie.
Włosy spinałam zazwyczaj tak, by nie przeszkadzały mi przy zabawie. Nie byłam już nastolatką, mimo, że nadal miałam taki wygląd.
Kiedy byłam gotowa, złapałam jeszcze swoją ogromną torbę i wyszłam z domu, uprzednio zamykając go na klucz.
Dzieciaki, z którymi pracowałam, były wyjątkowymi przypadkami. Te dzieci....po prostu umierały. Choroba Candlerra atakowała organizmy małych dzieci zaraz po urodzeniu. Była praktycznie nie do rozpoznania. Maluchy bawiły się i rozwijały jak zdrowe, ale tak naprawdę ich serce było przygotowane do wcześniejszej śmierci. Nie dożywały szesnastych urodzin. Najstarsze dzieci, jakie poznałam do tej pory miały trzynaście i czternaście lat. Najmłodsze-zaledwie trzy.
Ich śmierć z pewnością nie była bolesna. PO prostu szyły spać, a potem już nigdy nie otwierały oczu. Niektóre z nich miały rodziców, którzy ich odwiedzali, kochali i dbali, ale większość była porzucona. Dorośli nie chcą dziecka, które żyło tylko po to, by umrzeć. Te dzieci potrzebowały miłości i szczęścia każdego dnia, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy odejdą.
Przekroczyłam drzwi kliniki. Przywitały mnie radosne śmiechy dzieci, więc wiedziałam, że niektóre z nich już nie śpią. Ale byłam przekonana, że nie wszystkie, bo było za cicho.
-Cześć!-przywitałam się z pracownicami. Były tam pielęgniarki, sprzątaczki, kucharki i niańki. Ja byłam czymś w rodzaju tym trzecim. Mówili na mnie przedszkolanka, bo tylko ja potrafiłam ogarnąć je wszystkie w jednej sali.
-No hej! Nareszcie przyszłaś. Obudziły się już maluszki. Od rana rozrabiają i pytają się, kiedy wrócisz.-powiedziała Sophie, kiedy się rozbierałam.-Powinnaś tu zamieszkać.
Sophie była puszystą kobietą, którą natura obdarzyła fajnym tyłkiem i piersiami. Jej włosy były prawie czarne, a grzywka opadała na ciemne oczy. Była niańką. Zaprzyjaźniłyśmy się, kiedy tu przyszłam. Pomogłam jej ogarnąć trójkę rozbrykanych dzieciaków i wtedy dostałam tę prace.
-Mam swój dom.-powiedziałam, uśmiechając się do niej-Poza tym, niańki nocne nie lubią towarzystwa. Potrzebują "spokoju"-nakreśliłam palcami cudzysłów, na co ona się zaśmiała.
-ELSIA!-usłyszałyśmy krzyk dziewczynki. Wydawało mi się, ze to Olivia, ale nie byłam pewna.
-No idź już!-popędziła mnie z uśmiechem na ustach.
Kiedy wychodziłam z pokoju, który był naszym małym mieszkaniem na czas pobytu tutaj, na moje nogi wpadła dziewczynka. Miałam racje-to była Olivia.
-Elsia!-krzyknęła Liv i wyciągnęła rączki w górę. Podniosłam ją i posadziłam sobie na biodrze idąc w stronę sali sypialnej.-Naleście jeśteś!-sepleniła była tutaj najmłodsza, więc wszyscy ją uwielbiali.
-Jestem i ty, jako moja dzisiejsza pomocnica musi pomóc mi dobudzić wszystkie dzieciaczki.
-Taaak!-krzyknęła, a ja się roześmiałam.
Cały dzień spędziłam na zabawie z podopiecznymi. Zależało mi, żeby wszyscy się dogadywali, więc wciągałam w zabawy i te starsze i młodsze dzieci. Było ich tu zaledwie osiemnastu, więc utworzyła się niesamowita grupka pełna przyjaźni. To straszne, że nie mieli dorosnąć, znaleźć miłość, założyć rodziny...
Nie chciałam o tym myśleć. To było przygnębiające i realne, ale musiałam skupić się na tym, by odchodziły z uśmiechem na ustach. Urządzałam więc im przeróżne zabawy. Dziś padło na "Pluszakową bitwę". Pluszowe misie leżały w każdym możliwym pomieszczeniu. Nawet nie spodziewałam się, ze może ich być tak dużo. Spędziliśmy całe popołudnie na obrzucaniu się i uciekaniu przed nimi.
Kiedy nadszedł wieczór, dzieci musiały iść kłaść się spać. Ale gdy tylko wspomniałam coś o spaniu zaczęły jęczeć i marudzić. Musiałam znaleźć kompromis.
-To zróbmy tak: opowiem wam pewną niesamowitą historię, a potem wszyscy pójdziecie ładnie do łóżeczek, dobrze?.
Dzieciaki niemrawo pokiwały głowami i poszły do sali głównej, gdzie zawsze opowiadałam im bajki. W tym czasie moje koleżanki ścieliły łóżka i sprzątały. Niestety wiedziałam, że pluszaki będę musiała posprzątać sama.
-Więc historia zaczyna się w odległej krainie, w której rządziła piękna i mądra księżniczka Olivia.-Wyczarowałam koronę z lodu i włożyłam ją na głowę dziewczynki, której oczy się rozświetliły.-Niestety, została ona porwana, przez okropnie złego potwora. Król i królowa byli zrozpaczeni. Wysłali wieść o porwanej królewnie do wszystkich sąsiednich królestw. Niestety, królewicze przestraszeni opowieściami o potworze nawet nie próbowali ratować biednej księżniczki. Wtedy pojawił się dzielny książę Oscar.-Wyczarowałam lodowy miecz i wręczyłam go chłopakowi. Nie bez powodu wybrałam Oscara. Ewidentnie kleił się do Liv i było to zaskakująco urocze. Chłopak uśmiechnął się i spojrzał na dziewczynkę, która wpatrywała się w niego z zachwytem.
-Jestem rycerzem i obronię cię przed złym smokiem, Liv!-krzyknął i przyjął bohaterską pozę, na co dziewczynka zachichotała i klasnęła w dłonie.
-Siadaj!-pociągnął go za bluzkę James, najlepszy przyjaciel rycerza.-Niech Elsa skończy opowiadać, potem się będziesz wygłupiał. Chłopak zaczerwienił się i posłuchał kolega.
-Przybył on z dalekiej krainy, której nie znał żaden człowiek w królestwie.-kontynuowałam opowieść.- Szukał przygód i taka mu się trafiła. Kiedy ujrzał urodę pięknej księżniczki postanowił zrobić wszystko, aby ją uratować. Kiedy zbliżał się do smoka, ten jeszcze spał. Już chciał zaatakować, kiedy potwór poruszył się. Uniósł się w niebo i zionął ogniem. Książę pomyślał, że nie pokona go, kiedy ten jest w powietrzu. Ale że był sprytny...-zatrzymałam się, by popatrzeć na te rozwarte buzie dzieci. Niesamowity widok.-...wskoczył na swojego konia, odbił się od niego i wyleciał w powietrze. Jego ostrze wbiło się w pierś smoka i stworzenie padło nieżywe. Książę Oscar wrócił z księżniczką Olivią do zamku jej rodziców. Kilka dni potem odbył się huczny ślub, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
Dzieci zaczęły klaskać w dłonie. Zaśmiałam się, bo zawsze reagowały w ten sposób. Ale czekała mnie ostatni element opowiadania bajek.
-No dobrze, chowamy magię i idziemy do łóżek.-powiedziałam i machnęłam rękami. Wokół dzieci zaczęły pojawiać się małe śnieżynki, które pozbyły się korony i miecza, które wyczarowałam wcześniej. Przy dzieciaczkach mogłam używać magii do woli. Oczywiście nigdzie poza salą do opowiadania, która była salą bez okien, więc byłam pewna, że nie podglądnie nas żadna z pracownic. A dzieci to uwielbiały. I nawet jeżeli palnęły coś o mojej magii dorośli zbywali to dziecięcą wyobraźnią. I może to było najbardziej egoistyczne rozumowanie na świecie, ale zabierały moją tajemnice do grobu.
-Skończone-rzekłam, kiedy wszystkie śnieżynki już zniknęły.-A teraz robimy Rządek Dobranocny na korytarzu.
Mimo, że dzieciaki były zadowolone z opowieści, nie chciały iść do łóżek. Ale wstały szybko i udały się na korytarz. W sali została tylko Liv.
-Co się stało, słoneczko?-spytałam podchodząc do niej. Usta miała wywinięte w podkówkę i wyglądała na zdezorientowaną i przestraszoną.
-Smok nie polwie mnie w nocy?-spytała cichutko. Przytuliłam ją do siebie.
-Oczywiście, że nie, kochanie. To była tylko bajka. Poza tym, smok porywa tylko te niegrzeczne dzieci, a ty jesteś jak aniołek.
Nie wyglądała na przekonaną. No cóż, nie mogłam już nic więcej zrobić.
-Obiecuję, że będę cię pilnować, hm? A teraz idziemy do rządku.
Spojrzałam ku drzwiom. Całej sytuacji przyglądał się Oscar. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Postanowiłam ich zostawić, ale oczywiście podsłuchałam co mówią.
-Liv, nie martw się.-powiedział chłopak łapiąc dziewczynkę za ręce.-Jeżeli przyleci tu jakiś smok, zabije go tak jak w bajce.
-Nie mas mieca-odezwała się cichutko sepleniąc.
-Jeżeli jakiś się tu znajdzie, nie będzie potrzebny mi miecz. Obronię cię Liv.-powiedział i przytulił ją. Od razu się rozpromieniła.
-Dzięki-pocałowała go w policzek, na co zaczerwienił się uroczo. To był najbardziej rozczulający widok na ziemi. Tych dwoje dzieci było dla siebie przeznaczonych. Widziałam to.
Rządek Dobranocny był naszą tradycją. Ustanowiłam ją niedługo jak zaczęłam tu pracować. Dzieci łapały się za rączki od najmłodszego do najstarszego, a na czele stałam ja. Przechodziliśmy takim wężem po całym ośrodku mówiąc "Dobranoc" każdemu pracownikowi. Mówiliśmy też "Dobranoc" każdemu dziecku jakie szło do swojej sali sypialnej. Chciałam, by dzieci idąc spać uśmiechały się, bo o wiele łatwiej patrzy się na zmarłe dziecko, kiedy na jego ustach formuje się uśmiech. Dzisiejszej nocy też któreś z dzieciaków mogło odejść. Nigdy nie było tego wiadomo.
Kiedy ostatnie "Dobranoc" było wypowiedziane, byłam wykończona. Jak zawsze po całym dni pędzonym z tymi energicznymi dzieci. Niestety zostało mi jeszcze posprzątać pluszaki. Sale sypialne były ogarnięte, zostało tylko pozbierać te z korytarza, a było ich naprawdę dużo. Nuciłam pod nosem cicho melodię, której nawet nie kojarzyłam. Chodziło tylko o zapełnienie tej ciszy. Nagle poczułam, że ktoś mi się przygląda. Pomyślałam, ze to jedna z pracownic, więc kontynuowałam zbieranie. Wzrok tej osoby sprawiał, że czułam się nieswojo, a kark wręcz mnie palił. Już miałam to zignorować, kiedy usłyszałam jego głos.
-Elsa...-wykrztusił, a ja zamarłam. Wypuściłam pluszaki z rąk i odwróciłam się do niego.
Stał tam.
Jack.
Jack
Nie wierzę, że to zrobił!
North przegiął i to na całej linii!
CO zrobił?
Uważa się za Boga, a mnie to, delikatnie mówiąc, wkurza.
Oznajmił mi dziś, że przez całe święta mam być uwiązany na Biegunie jak pies. Zwykle w Święta, jak najmniej czasu spędzałem na Biegunie, bo spędzanie Świąt w towarzystwie Northa, to jak wtargnięcie do domu pełnego ciotek traktujących cię jak małego, słodkiego chłopczyka. Nie do zniesienia. Ale on stwierdził, że CAŁE Boże Narodzenie mam spędzić ze Strażnikami. I w sumie, może jakoś bym to zniósł gdyby nie to, że Ania mnie zaprosiła. Powiedziała, ze bardzo jej zależy bym się zjawił. Nie rozkazywała-prosiła. I choćbym miał złamać kilka zasad Strażników-miałem pojawić się na tej kolacji.
W rozładowaniu emocji jak zwykle pomagało mi latanie. Ostatnie dwa lata to było głównie latanie. 3/4 mojego czasu. Ale to było przyjemne i mnie uspokajało. Dlaczego więc miałbym tego nie robić?
W pewnym momencie poczułem, że coś jest nie tak. A właściwie...wszystko było okej, tylko...poczułem...coś. Ni potrafiłem określić tego uczucia. Coś jak...Mrowienie. Przyciąganie. Już czułem kiedyś coś takiego. Kiedy znalazłem szkołę. To było identyczne uczucie.
Zleciałem w dół. Musiałem się dowiedzieć, co się działo. Ostatnim razem, wybór szkoły był dobrym wyborem. Czy teraz też miało tak być? Poczułem dreszczyk podekscytowania, kiedy dotarłem na ziemię. Ale w tym samym momencie poczułem ogromny zawód.
Byłem przed budynkiem szpitala. Szpitala DZIECIĘCEGO. Takie miejsca były najgorsze na świecie. W takich miejscach dzieciaki leżały na łóżkach nie mogąc się bawić. To było okropne. PO co więc tu jestem. PO co to dziwne "przyciąganie" mnie tu przyprowadziło. Spojrzałem na tabliczkę widniejącą na drzwiach. "Ośrodek szpitalny dziecięcy. Choroba Candlerra" Kurde, nigdy nie słyszałem o tej chorobie, ale na myśl o jakiejkolwiek chorobie dopadającej dzieci dopadały mnie ciarki. Musiałem się dowiedzieć co to za choroba. Ale w tamtym momencie ciągnęło mnie do środka. Chciałem wejść tam, ale nie wiedziałem po co. Byłem bardziej niż zdezorientowany.
Widok wnętrza zbił mnie z nóg. Kolorowe ściany, ogrom pluszaków na podłodze i kolorowe rysunki niedbale poprzypinane na ścianach. Czy to na pewno był szpital? Wyglądał bardziej jak przedszkole pełne szczęśliwych dzieci. Może budynek kiedyś był ośrodkiem szpitalnym? Może to naprawdę przedszkole, albo jakiś dom dziecka.
Nie wiedziałem, co tam robię, po co w ogóle wchodziłem, ale coś nie dawało mi spokoju. Coś, niewiarygodnie mnie przyciągało. Popatrzyłem w lewo. Znajdowała się tam portiernia, ale była pusta. Pokręciłem głową i spojrzałem w prawo.
Zamarłem.
Zbierała pluszaki.
Schylała się, a jej platynowe włosy spięte były tak, że tylko pojedyncze kosmyki wystawały. Wyglądała na zmęczoną. Ale stała tam. Byłem pewien, że to była ona.
I tym razem to nie była kobieta podobna do niej, tylko najprawdziwsza ona.
-Elsa...-wyszeptałem, a ona mnie usłyszała. Zamarła i upuściła misie, które trzymała w dłoniach. Potem odwróciła się do mnie przodem, bym mógł zobaczyć jej twarz i utwierdzić się w przekonaniu, że to ona.
Szukałem jej po całym pieprzonym świecie, a ona zbierała pluszaki w szpitalu dziecięcym.
Heeeeeej! To wcale nie tak, że zarywam nockę, bo dostałam weny. Nieee....
Ale się porobiło nie? Chciałam, by ich spotkanie było w rozdziale XXX, więc musiałam przerwać w takim dramatycznym momencie.
Chętnie poznam waszą opinię.
Bo zacznie się dziać, oj zacznie...
Pozdrawiam ;*
Obudziły mnie promienie słońca. Zawsze, mimo wszystko wstawałam wraz z nimi. To dobrze, przynajmniej nie potrzebowałam wkurzającego budzika. Wstałam i przeciągnęłam się. Miałam na sobie tylko koszulkę z krótkim rękawem i krótkie spodenki, więc z całych sił starałam się nie patrzyć na swoje ciało.
Wstałam i udałam się do łazienki. Po porannej toalecie poszłam coś zjeść. Nigdy rano nie jadłam dużo, nie od kiedy wróciłam stamtąd. Napiłam się tylko kawy i przegryzłam jakąś kanapkę przeglądając portale społecznościowe. Nie wchodziłam na swojego Facebooka, Instagrama ani nigdzie, gdzie byłam znana pod swoim imieniem i nazwiskiem. Spokojnie za to przeglądałam Tumblr'a, YouTube, a nawet zajrzałam na Wattpada. Wszędzie miałam założone nowe konta. Chciałam pozostać niezauważona.
W końcu nadszedł czas, bym się ubrała, a także umalowała. Pozbyłam się z domu wszystkich niepotrzebnych, dużych luster. Miałam tylko jedno, małe, na toaletce. Potrzebowałam go tylko do makijażu. Na twarz mogłam patrzeć-nie była zniszczona jak reszta ciała.
Założyłam dżinsy i koszulkę z długim rękawem. Na nadgarstki założyłam bransoletki, a na szyje naszyjnik. Chciałam zakryć jak największą ilość ciała. Zniszczonego ciała, którego przestraszyłyby się dzieciaki. A tego nie chciałam.
Nie malowałam się tak, jak wtedy kiedy chodziłam do szkoły. Teraz nakładałam zaledwie jakiś jasny cień do powiek, albo malowałam usta. Tusz do rzęs był zbędny, bo mimo, iż moje rzęsy zawsze były gęste i ciemne, teraz stały się długie.
Włosy spinałam zazwyczaj tak, by nie przeszkadzały mi przy zabawie. Nie byłam już nastolatką, mimo, że nadal miałam taki wygląd.
Kiedy byłam gotowa, złapałam jeszcze swoją ogromną torbę i wyszłam z domu, uprzednio zamykając go na klucz.
Dzieciaki, z którymi pracowałam, były wyjątkowymi przypadkami. Te dzieci....po prostu umierały. Choroba Candlerra atakowała organizmy małych dzieci zaraz po urodzeniu. Była praktycznie nie do rozpoznania. Maluchy bawiły się i rozwijały jak zdrowe, ale tak naprawdę ich serce było przygotowane do wcześniejszej śmierci. Nie dożywały szesnastych urodzin. Najstarsze dzieci, jakie poznałam do tej pory miały trzynaście i czternaście lat. Najmłodsze-zaledwie trzy.
Ich śmierć z pewnością nie była bolesna. PO prostu szyły spać, a potem już nigdy nie otwierały oczu. Niektóre z nich miały rodziców, którzy ich odwiedzali, kochali i dbali, ale większość była porzucona. Dorośli nie chcą dziecka, które żyło tylko po to, by umrzeć. Te dzieci potrzebowały miłości i szczęścia każdego dnia, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy odejdą.
Przekroczyłam drzwi kliniki. Przywitały mnie radosne śmiechy dzieci, więc wiedziałam, że niektóre z nich już nie śpią. Ale byłam przekonana, że nie wszystkie, bo było za cicho.
-Cześć!-przywitałam się z pracownicami. Były tam pielęgniarki, sprzątaczki, kucharki i niańki. Ja byłam czymś w rodzaju tym trzecim. Mówili na mnie przedszkolanka, bo tylko ja potrafiłam ogarnąć je wszystkie w jednej sali.
-No hej! Nareszcie przyszłaś. Obudziły się już maluszki. Od rana rozrabiają i pytają się, kiedy wrócisz.-powiedziała Sophie, kiedy się rozbierałam.-Powinnaś tu zamieszkać.
Sophie była puszystą kobietą, którą natura obdarzyła fajnym tyłkiem i piersiami. Jej włosy były prawie czarne, a grzywka opadała na ciemne oczy. Była niańką. Zaprzyjaźniłyśmy się, kiedy tu przyszłam. Pomogłam jej ogarnąć trójkę rozbrykanych dzieciaków i wtedy dostałam tę prace.
-Mam swój dom.-powiedziałam, uśmiechając się do niej-Poza tym, niańki nocne nie lubią towarzystwa. Potrzebują "spokoju"-nakreśliłam palcami cudzysłów, na co ona się zaśmiała.
-ELSIA!-usłyszałyśmy krzyk dziewczynki. Wydawało mi się, ze to Olivia, ale nie byłam pewna.
-No idź już!-popędziła mnie z uśmiechem na ustach.
Kiedy wychodziłam z pokoju, który był naszym małym mieszkaniem na czas pobytu tutaj, na moje nogi wpadła dziewczynka. Miałam racje-to była Olivia.
-Elsia!-krzyknęła Liv i wyciągnęła rączki w górę. Podniosłam ją i posadziłam sobie na biodrze idąc w stronę sali sypialnej.-Naleście jeśteś!-sepleniła była tutaj najmłodsza, więc wszyscy ją uwielbiali.
-Jestem i ty, jako moja dzisiejsza pomocnica musi pomóc mi dobudzić wszystkie dzieciaczki.
-Taaak!-krzyknęła, a ja się roześmiałam.
Cały dzień spędziłam na zabawie z podopiecznymi. Zależało mi, żeby wszyscy się dogadywali, więc wciągałam w zabawy i te starsze i młodsze dzieci. Było ich tu zaledwie osiemnastu, więc utworzyła się niesamowita grupka pełna przyjaźni. To straszne, że nie mieli dorosnąć, znaleźć miłość, założyć rodziny...
Nie chciałam o tym myśleć. To było przygnębiające i realne, ale musiałam skupić się na tym, by odchodziły z uśmiechem na ustach. Urządzałam więc im przeróżne zabawy. Dziś padło na "Pluszakową bitwę". Pluszowe misie leżały w każdym możliwym pomieszczeniu. Nawet nie spodziewałam się, ze może ich być tak dużo. Spędziliśmy całe popołudnie na obrzucaniu się i uciekaniu przed nimi.
Kiedy nadszedł wieczór, dzieci musiały iść kłaść się spać. Ale gdy tylko wspomniałam coś o spaniu zaczęły jęczeć i marudzić. Musiałam znaleźć kompromis.
-To zróbmy tak: opowiem wam pewną niesamowitą historię, a potem wszyscy pójdziecie ładnie do łóżeczek, dobrze?.
Dzieciaki niemrawo pokiwały głowami i poszły do sali głównej, gdzie zawsze opowiadałam im bajki. W tym czasie moje koleżanki ścieliły łóżka i sprzątały. Niestety wiedziałam, że pluszaki będę musiała posprzątać sama.
-Więc historia zaczyna się w odległej krainie, w której rządziła piękna i mądra księżniczka Olivia.-Wyczarowałam koronę z lodu i włożyłam ją na głowę dziewczynki, której oczy się rozświetliły.-Niestety, została ona porwana, przez okropnie złego potwora. Król i królowa byli zrozpaczeni. Wysłali wieść o porwanej królewnie do wszystkich sąsiednich królestw. Niestety, królewicze przestraszeni opowieściami o potworze nawet nie próbowali ratować biednej księżniczki. Wtedy pojawił się dzielny książę Oscar.-Wyczarowałam lodowy miecz i wręczyłam go chłopakowi. Nie bez powodu wybrałam Oscara. Ewidentnie kleił się do Liv i było to zaskakująco urocze. Chłopak uśmiechnął się i spojrzał na dziewczynkę, która wpatrywała się w niego z zachwytem.
-Jestem rycerzem i obronię cię przed złym smokiem, Liv!-krzyknął i przyjął bohaterską pozę, na co dziewczynka zachichotała i klasnęła w dłonie.
-Siadaj!-pociągnął go za bluzkę James, najlepszy przyjaciel rycerza.-Niech Elsa skończy opowiadać, potem się będziesz wygłupiał. Chłopak zaczerwienił się i posłuchał kolega.
-Przybył on z dalekiej krainy, której nie znał żaden człowiek w królestwie.-kontynuowałam opowieść.- Szukał przygód i taka mu się trafiła. Kiedy ujrzał urodę pięknej księżniczki postanowił zrobić wszystko, aby ją uratować. Kiedy zbliżał się do smoka, ten jeszcze spał. Już chciał zaatakować, kiedy potwór poruszył się. Uniósł się w niebo i zionął ogniem. Książę pomyślał, że nie pokona go, kiedy ten jest w powietrzu. Ale że był sprytny...-zatrzymałam się, by popatrzeć na te rozwarte buzie dzieci. Niesamowity widok.-...wskoczył na swojego konia, odbił się od niego i wyleciał w powietrze. Jego ostrze wbiło się w pierś smoka i stworzenie padło nieżywe. Książę Oscar wrócił z księżniczką Olivią do zamku jej rodziców. Kilka dni potem odbył się huczny ślub, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
Dzieci zaczęły klaskać w dłonie. Zaśmiałam się, bo zawsze reagowały w ten sposób. Ale czekała mnie ostatni element opowiadania bajek.
-No dobrze, chowamy magię i idziemy do łóżek.-powiedziałam i machnęłam rękami. Wokół dzieci zaczęły pojawiać się małe śnieżynki, które pozbyły się korony i miecza, które wyczarowałam wcześniej. Przy dzieciaczkach mogłam używać magii do woli. Oczywiście nigdzie poza salą do opowiadania, która była salą bez okien, więc byłam pewna, że nie podglądnie nas żadna z pracownic. A dzieci to uwielbiały. I nawet jeżeli palnęły coś o mojej magii dorośli zbywali to dziecięcą wyobraźnią. I może to było najbardziej egoistyczne rozumowanie na świecie, ale zabierały moją tajemnice do grobu.
-Skończone-rzekłam, kiedy wszystkie śnieżynki już zniknęły.-A teraz robimy Rządek Dobranocny na korytarzu.
Mimo, że dzieciaki były zadowolone z opowieści, nie chciały iść do łóżek. Ale wstały szybko i udały się na korytarz. W sali została tylko Liv.
-Co się stało, słoneczko?-spytałam podchodząc do niej. Usta miała wywinięte w podkówkę i wyglądała na zdezorientowaną i przestraszoną.
-Smok nie polwie mnie w nocy?-spytała cichutko. Przytuliłam ją do siebie.
-Oczywiście, że nie, kochanie. To była tylko bajka. Poza tym, smok porywa tylko te niegrzeczne dzieci, a ty jesteś jak aniołek.
Nie wyglądała na przekonaną. No cóż, nie mogłam już nic więcej zrobić.
-Obiecuję, że będę cię pilnować, hm? A teraz idziemy do rządku.
Spojrzałam ku drzwiom. Całej sytuacji przyglądał się Oscar. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Postanowiłam ich zostawić, ale oczywiście podsłuchałam co mówią.
-Liv, nie martw się.-powiedział chłopak łapiąc dziewczynkę za ręce.-Jeżeli przyleci tu jakiś smok, zabije go tak jak w bajce.
-Nie mas mieca-odezwała się cichutko sepleniąc.
-Jeżeli jakiś się tu znajdzie, nie będzie potrzebny mi miecz. Obronię cię Liv.-powiedział i przytulił ją. Od razu się rozpromieniła.
-Dzięki-pocałowała go w policzek, na co zaczerwienił się uroczo. To był najbardziej rozczulający widok na ziemi. Tych dwoje dzieci było dla siebie przeznaczonych. Widziałam to.
Rządek Dobranocny był naszą tradycją. Ustanowiłam ją niedługo jak zaczęłam tu pracować. Dzieci łapały się za rączki od najmłodszego do najstarszego, a na czele stałam ja. Przechodziliśmy takim wężem po całym ośrodku mówiąc "Dobranoc" każdemu pracownikowi. Mówiliśmy też "Dobranoc" każdemu dziecku jakie szło do swojej sali sypialnej. Chciałam, by dzieci idąc spać uśmiechały się, bo o wiele łatwiej patrzy się na zmarłe dziecko, kiedy na jego ustach formuje się uśmiech. Dzisiejszej nocy też któreś z dzieciaków mogło odejść. Nigdy nie było tego wiadomo.
Kiedy ostatnie "Dobranoc" było wypowiedziane, byłam wykończona. Jak zawsze po całym dni pędzonym z tymi energicznymi dzieci. Niestety zostało mi jeszcze posprzątać pluszaki. Sale sypialne były ogarnięte, zostało tylko pozbierać te z korytarza, a było ich naprawdę dużo. Nuciłam pod nosem cicho melodię, której nawet nie kojarzyłam. Chodziło tylko o zapełnienie tej ciszy. Nagle poczułam, że ktoś mi się przygląda. Pomyślałam, ze to jedna z pracownic, więc kontynuowałam zbieranie. Wzrok tej osoby sprawiał, że czułam się nieswojo, a kark wręcz mnie palił. Już miałam to zignorować, kiedy usłyszałam jego głos.
-Elsa...-wykrztusił, a ja zamarłam. Wypuściłam pluszaki z rąk i odwróciłam się do niego.
Stał tam.
Jack.
Jack
Nie wierzę, że to zrobił!
North przegiął i to na całej linii!
CO zrobił?
Uważa się za Boga, a mnie to, delikatnie mówiąc, wkurza.
Oznajmił mi dziś, że przez całe święta mam być uwiązany na Biegunie jak pies. Zwykle w Święta, jak najmniej czasu spędzałem na Biegunie, bo spędzanie Świąt w towarzystwie Northa, to jak wtargnięcie do domu pełnego ciotek traktujących cię jak małego, słodkiego chłopczyka. Nie do zniesienia. Ale on stwierdził, że CAŁE Boże Narodzenie mam spędzić ze Strażnikami. I w sumie, może jakoś bym to zniósł gdyby nie to, że Ania mnie zaprosiła. Powiedziała, ze bardzo jej zależy bym się zjawił. Nie rozkazywała-prosiła. I choćbym miał złamać kilka zasad Strażników-miałem pojawić się na tej kolacji.
W rozładowaniu emocji jak zwykle pomagało mi latanie. Ostatnie dwa lata to było głównie latanie. 3/4 mojego czasu. Ale to było przyjemne i mnie uspokajało. Dlaczego więc miałbym tego nie robić?
W pewnym momencie poczułem, że coś jest nie tak. A właściwie...wszystko było okej, tylko...poczułem...coś. Ni potrafiłem określić tego uczucia. Coś jak...Mrowienie. Przyciąganie. Już czułem kiedyś coś takiego. Kiedy znalazłem szkołę. To było identyczne uczucie.
Zleciałem w dół. Musiałem się dowiedzieć, co się działo. Ostatnim razem, wybór szkoły był dobrym wyborem. Czy teraz też miało tak być? Poczułem dreszczyk podekscytowania, kiedy dotarłem na ziemię. Ale w tym samym momencie poczułem ogromny zawód.
Byłem przed budynkiem szpitala. Szpitala DZIECIĘCEGO. Takie miejsca były najgorsze na świecie. W takich miejscach dzieciaki leżały na łóżkach nie mogąc się bawić. To było okropne. PO co więc tu jestem. PO co to dziwne "przyciąganie" mnie tu przyprowadziło. Spojrzałem na tabliczkę widniejącą na drzwiach. "Ośrodek szpitalny dziecięcy. Choroba Candlerra" Kurde, nigdy nie słyszałem o tej chorobie, ale na myśl o jakiejkolwiek chorobie dopadającej dzieci dopadały mnie ciarki. Musiałem się dowiedzieć co to za choroba. Ale w tamtym momencie ciągnęło mnie do środka. Chciałem wejść tam, ale nie wiedziałem po co. Byłem bardziej niż zdezorientowany.
Widok wnętrza zbił mnie z nóg. Kolorowe ściany, ogrom pluszaków na podłodze i kolorowe rysunki niedbale poprzypinane na ścianach. Czy to na pewno był szpital? Wyglądał bardziej jak przedszkole pełne szczęśliwych dzieci. Może budynek kiedyś był ośrodkiem szpitalnym? Może to naprawdę przedszkole, albo jakiś dom dziecka.
Nie wiedziałem, co tam robię, po co w ogóle wchodziłem, ale coś nie dawało mi spokoju. Coś, niewiarygodnie mnie przyciągało. Popatrzyłem w lewo. Znajdowała się tam portiernia, ale była pusta. Pokręciłem głową i spojrzałem w prawo.
Zamarłem.
Zbierała pluszaki.
Schylała się, a jej platynowe włosy spięte były tak, że tylko pojedyncze kosmyki wystawały. Wyglądała na zmęczoną. Ale stała tam. Byłem pewien, że to była ona.
I tym razem to nie była kobieta podobna do niej, tylko najprawdziwsza ona.
-Elsa...-wyszeptałem, a ona mnie usłyszała. Zamarła i upuściła misie, które trzymała w dłoniach. Potem odwróciła się do mnie przodem, bym mógł zobaczyć jej twarz i utwierdzić się w przekonaniu, że to ona.
Szukałem jej po całym pieprzonym świecie, a ona zbierała pluszaki w szpitalu dziecięcym.
Heeeeeej! To wcale nie tak, że zarywam nockę, bo dostałam weny. Nieee....
Ale się porobiło nie? Chciałam, by ich spotkanie było w rozdziale XXX, więc musiałam przerwać w takim dramatycznym momencie.
Chętnie poznam waszą opinię.
Bo zacznie się dziać, oj zacznie...
Pozdrawiam ;*
niedziela, 7 sierpnia 2016
Rozdział XXVIII
DWA LATA PO ZNIKNIĘCIU ELSY
Elsa
Siedziałam na parapecie okna w obszernym, szarym swetrze z kubkiem ciepłego kakao. Za oknem robiło się ciemno, a ja z mojego domu miałam niesamowity widok na zachód słońca. Oglądałam go jak co wieczór starając się przypomnieć co się tak właściwie działo.
Wzięłam łyk pysznego napoju i zamknęłam oczy.
Ostatnie to pamiętam z tamtego miejsca to ból i słowa Mroka:
-KIEDY TY WRESZCIE PRZESTANIESZ?!
Potem z pewnością zemdlałam, ale kiedy otworzyłam oczy byłam już tutaj-w małym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Pamiętam, że obudziłam się na podłodze. Obolała i w kałuży własnej krwi, ale wolna. Nie wiem ile tak przeleżałam, ale w końcu podniosłam się. Wszystko mnie bolało, a ubrania zaczęły przyklejać się do wciąż otwartych ran. Szybko znalazłam łazienkę, do której drzwi były otwarte. Jakby ktoś wiedział, że będę jej szukać.
Doczołgałam się do wanny i napuściłam wody. Potem zdjęłam z siebie wszystko. Odrywanie materiału było okropne. Większość ran się otworzyła i na nowo zaczęła cieknąć z nich krew. Ale w końcu udało mi się wykąpać.
Długo potem dochodziłam do siebie. Byłam wychodzona, bałam się, że do ran dostaną się zarazki i spałam całymi dniami i nocami. Ale mimo wszystko rany zaczęły goić się szybciej niż powinny. Poza tym, wydawało mi się, że po takiej dawce batów powinnam być martwa, a tu proszę, wracałam do zdrowia szybciej niż w szpitalu. Miała wrażenie, że to dzięki temu, że jestem nieśmiertelna.
A potem znalazłam list. List, który wyjaśniał wszystko.
"Elso,
Nie zadawaj pytań, bo i tak nie poznasz odpowiedzi. Wyjaśnię ci wszystko jak najlepiej umiem, ale resztę wątpliwości zachowaj dla ciebie. Jesteś bezpieczna. On cię już nie znajdzie. Nigdy nie opowiadaj nikomu co się wydarzyło. To zbyt niebezpieczne. Dostałaś drugą szansę... Żyj."
List napisany był niezbyt wyraźnym pismem, jakby osoba, która go pisała, śpieszyła się. Podpis był pomazany i nie była w stanie go odczytać. Ale wtedy dotarło do mnie jedno. Byłam wolna.
Otworzyłam oczy i znów wypiłam łyk kakao. Chciałam wiedzieć kto mnie uratował. Chciałam wiedzieć, jak się stamtąd wydostałam. Chciałam wiedzieć dlaczego to wszystko zrobił...
Jakiś czas później po tym, jak prawie wszystkie rany przestały krwawić i zamieniły się w strupy spojrzałam w lustro. Pożałowałam tego i już nigdy nie chciałam widzieć tego znów.
Miałam zapadnięte policzki. Oczy zmatowiały, a zawsze wyregulowane brwi zarosły. Włosy, nie czesane od dawna, były długie i bez połysku. A moje ciało...Widać mi było żebra. Mimo, iż brzuch zawsze był oszczędzany, znalazło się na nim kilka ran. Plecy za to...Blizna na bliźnie. Strup na strupie. Ból na bólu. Nogi ręce wyglądały podobnie. No może odrobinę mniej drastycznie.
Pamiętam, jak długo wtedy płakałam. Zostałam pozbawiona swojej urody. Zostałam pozbawiona swojego ciała.
Otworzyłam gwałtownie oczy i wstałam. Nie chciałam pamiętać przeszłości. Ale nie potrafiłam zapomnieć. Nie potrafiłam powstrzymać się przed wspominaniem.
Ale lubiłam wspominać JEGO. Mojego Jack'a. Chodź nigdy nie należał do mnie. Pamiętam jak się droczyliśmy.
-To się nazywa blurb.
-Co?
-Blurb. Ten opis z tyłu książki tak się nazywa.
-Zawsze jesteś taka mądra?
-Zawsze jesteś taki niededukowany?
-Zawsze używasz słów, których nie rozumiem?
-Zawsze odpowiadasz pytaniem na pytanie?
-Zawsze jesteś taka wścibska?
-Zawsze musisz wszystko wiedzieć?
Pamiętam, jak nazywał mnie słońcem.
-Dzień dobry, Słońce.-powiedział zachrypniętym głosem.
-Dzień dobry, Jack.-odpowiedziałem.
-Nie jesteś snem, prawda?-zapytał i przytulił mnie tak mocno, że zabrakło mi tchu.
-Nie.
I pamiętam, jak obiecywał.
-A jeżeli ciebie też stracę?-szepnęłam, spuszczając głowę.
Złapał mój podbródek i uniósł do góry tak, bym na niego spojrzała.
-Nawet tak nie mów. Nie stracisz mnie, bo ja nie stracę ciebie. Kocham cię, Elso.
Z moich oczy popłynęły łzy. Tak bardzo za nim tęskniłam...Ale musiałam powiedzieć STOP.
TERAZ toczyło się moje życie. Teraz byłam kimś innym. Inną sobą.
Świadectwo szkoły załatwiłam internetowo. Napisałam podanie, z prośbą o wysoką dyskrecję, bym otrzymała świadectwo ukończenia szkoły, z powodu moich bardzo dobrych ocen i wzorowego zachowania. Nie ukończyłam szkoły, ale w końcu udało mi się je otrzymać.
Potem przez czysty przypadek zostałam zatrudniona jako stażystka w szpitalu dla dzieci z chorobą Candlerra*.
Ściągnęłam sweter, pod którym była piżama. Odstawiłam kubek do kuchni i udałam się do sypialni. Musiałam iść już spać, ponieważ rano szłam do pracy. Do moich ukochanych dzieci.
Jack
-Teraz ja teraz ja!-krzyczała mała dziewczynka o imieniu Lisa. Bawiłem się właśnie z nią i innymi dzieciakami. Podnosiłem je i okręcałem wokół siebie. Dziewczynki miały karuzele, a chłopcy samolot. Zniszczyłbym im dzieciństwo mówiąc, że to jedno i to samo.
Zaśmiałem się.
-Samolot pasażerski Max 2000 właśnie ląduje!-wykrzyknąłem udając głos pilota i powoli odstawiłem śmiejącego się dzieciaka.-Zapraszamy panią do karuzeli.-powiedziałem łapiąc dziewczynkę pod pachami.
-To karuzela z kucykami!-krzyknęła, kiedy zacząłem ją kręcić.-Łi...!
W końcu odstawiłem ją i padłem na ziemię, oddychając ciężko. Najwyraźniej dzieciakom jeszcze było mało, bo usiadły na mnie krzycząc moje imię.
-Spokój spokój-zaśmiałem się ściągając ich powoli z siebie i kładąc obok. W tym momencie usłyszeliśmy krzyk jednej z mam dzieciaków.
-Nie chcę jeszcze iść-jęknął Max.
-Spotkamy się jutro-obiecałem.
-A co jeśli nie?-spytała cichutko Cassie.
-Obiecuję. A teraz lećcie do domków. A potem szybko do łóżka, be inaczej nic wam się nie przyśni.
Pożegnały się ze mną szybko i zniknęły za drzwiami domów.
Trochę im zazdrościłem. Zawsze miały gdzie wrócić.DO miejsca, gdzie ktoś będzie na nich czekał.
Ogarniętymi tymi myślami poleciałem w górę.
Wiatr szumiący w moich uszach i to, że byłem z dala od innych ludzi pozwalało mi się uwolnić od wszystkiego. Od zmartwień.
Nie wiem ile czasu spędziłem w powietrzu. Nie obchodziło mnie gdzie lecę. Ważne było to, że moje stopy nie dotykały ziemi.
Ale nie ważne jak bardzo starałem się nie myśleć, zawsze lądowałem w tym samym miejscu.
Była to ta polana. NASZA polana. Nikt nie miał prawa tu być. To miejsce było nietknięte. Nie naruszone. Na środku stał lodowy posąg. Sam go zrobiłem w przypływie frustracji. Przedstawiał on ją. Elsę. Moje słońce. Usiadłem na przeciwko niej. Często do niej przychodziłem i rozmawiałem. A właściwie tylko mówiłem. Może już oszalałem z tęsknoty, ale nadal miałem nadzieję, że on mnie słyszy.
-Cześć, Słońce.-powiedziałem.-Wiesz, jak ostatnio tu byłem wydawałaś mi się bardziej uśmiechnięta. Nie no, tylko żartuję. Nic się nie zmieniłaś. Czy...czy w rzeczywistości też tak jest? Czy nadal masz takie piękne oczy? Czy twoje włosy nadal kręcą się na końcach? Czy nadal masz taki piękny głos? Tak dawno go nie słyszałem... Gdybyś tu była, na pewno byś mi coś zaśpiewała, nie? Albo zagrała na gitarze. Ale mogłabyś tu po prostu siedzieć i się nie odzywać. Wtedy tez byłbym szczęśliwy. Byle byś tylko tu była.
*choroba wymyślona na potrzeby opowiadania. Szczegółów dowiecie się w kolejnych rozdziałach.
Heeeej. No trochę się pozmieniało. Przy Jacku straciłam wenę totalnie, ale mam nadzieję, że nie wyszło tak źle, co?
Pozdrawiam ;*
Elsa
Siedziałam na parapecie okna w obszernym, szarym swetrze z kubkiem ciepłego kakao. Za oknem robiło się ciemno, a ja z mojego domu miałam niesamowity widok na zachód słońca. Oglądałam go jak co wieczór starając się przypomnieć co się tak właściwie działo.
Wzięłam łyk pysznego napoju i zamknęłam oczy.
Ostatnie to pamiętam z tamtego miejsca to ból i słowa Mroka:
-KIEDY TY WRESZCIE PRZESTANIESZ?!
Potem z pewnością zemdlałam, ale kiedy otworzyłam oczy byłam już tutaj-w małym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Pamiętam, że obudziłam się na podłodze. Obolała i w kałuży własnej krwi, ale wolna. Nie wiem ile tak przeleżałam, ale w końcu podniosłam się. Wszystko mnie bolało, a ubrania zaczęły przyklejać się do wciąż otwartych ran. Szybko znalazłam łazienkę, do której drzwi były otwarte. Jakby ktoś wiedział, że będę jej szukać.
Doczołgałam się do wanny i napuściłam wody. Potem zdjęłam z siebie wszystko. Odrywanie materiału było okropne. Większość ran się otworzyła i na nowo zaczęła cieknąć z nich krew. Ale w końcu udało mi się wykąpać.
Długo potem dochodziłam do siebie. Byłam wychodzona, bałam się, że do ran dostaną się zarazki i spałam całymi dniami i nocami. Ale mimo wszystko rany zaczęły goić się szybciej niż powinny. Poza tym, wydawało mi się, że po takiej dawce batów powinnam być martwa, a tu proszę, wracałam do zdrowia szybciej niż w szpitalu. Miała wrażenie, że to dzięki temu, że jestem nieśmiertelna.
A potem znalazłam list. List, który wyjaśniał wszystko.
"Elso,
Nie zadawaj pytań, bo i tak nie poznasz odpowiedzi. Wyjaśnię ci wszystko jak najlepiej umiem, ale resztę wątpliwości zachowaj dla ciebie. Jesteś bezpieczna. On cię już nie znajdzie. Nigdy nie opowiadaj nikomu co się wydarzyło. To zbyt niebezpieczne. Dostałaś drugą szansę... Żyj."
List napisany był niezbyt wyraźnym pismem, jakby osoba, która go pisała, śpieszyła się. Podpis był pomazany i nie była w stanie go odczytać. Ale wtedy dotarło do mnie jedno. Byłam wolna.
Otworzyłam oczy i znów wypiłam łyk kakao. Chciałam wiedzieć kto mnie uratował. Chciałam wiedzieć, jak się stamtąd wydostałam. Chciałam wiedzieć dlaczego to wszystko zrobił...
Jakiś czas później po tym, jak prawie wszystkie rany przestały krwawić i zamieniły się w strupy spojrzałam w lustro. Pożałowałam tego i już nigdy nie chciałam widzieć tego znów.
Miałam zapadnięte policzki. Oczy zmatowiały, a zawsze wyregulowane brwi zarosły. Włosy, nie czesane od dawna, były długie i bez połysku. A moje ciało...Widać mi było żebra. Mimo, iż brzuch zawsze był oszczędzany, znalazło się na nim kilka ran. Plecy za to...Blizna na bliźnie. Strup na strupie. Ból na bólu. Nogi ręce wyglądały podobnie. No może odrobinę mniej drastycznie.
Pamiętam, jak długo wtedy płakałam. Zostałam pozbawiona swojej urody. Zostałam pozbawiona swojego ciała.
Otworzyłam gwałtownie oczy i wstałam. Nie chciałam pamiętać przeszłości. Ale nie potrafiłam zapomnieć. Nie potrafiłam powstrzymać się przed wspominaniem.
Ale lubiłam wspominać JEGO. Mojego Jack'a. Chodź nigdy nie należał do mnie. Pamiętam jak się droczyliśmy.
-To się nazywa blurb.
-Co?
-Blurb. Ten opis z tyłu książki tak się nazywa.
-Zawsze jesteś taka mądra?
-Zawsze jesteś taki niededukowany?
-Zawsze używasz słów, których nie rozumiem?
-Zawsze odpowiadasz pytaniem na pytanie?
-Zawsze jesteś taka wścibska?
-Zawsze musisz wszystko wiedzieć?
Pamiętam, jak nazywał mnie słońcem.
-Dzień dobry, Słońce.-powiedział zachrypniętym głosem.
-Dzień dobry, Jack.-odpowiedziałem.
-Nie jesteś snem, prawda?-zapytał i przytulił mnie tak mocno, że zabrakło mi tchu.
-Nie.
I pamiętam, jak obiecywał.
-A jeżeli ciebie też stracę?-szepnęłam, spuszczając głowę.
Złapał mój podbródek i uniósł do góry tak, bym na niego spojrzała.
-Nawet tak nie mów. Nie stracisz mnie, bo ja nie stracę ciebie. Kocham cię, Elso.
Z moich oczy popłynęły łzy. Tak bardzo za nim tęskniłam...Ale musiałam powiedzieć STOP.
TERAZ toczyło się moje życie. Teraz byłam kimś innym. Inną sobą.
Świadectwo szkoły załatwiłam internetowo. Napisałam podanie, z prośbą o wysoką dyskrecję, bym otrzymała świadectwo ukończenia szkoły, z powodu moich bardzo dobrych ocen i wzorowego zachowania. Nie ukończyłam szkoły, ale w końcu udało mi się je otrzymać.
Potem przez czysty przypadek zostałam zatrudniona jako stażystka w szpitalu dla dzieci z chorobą Candlerra*.
Ściągnęłam sweter, pod którym była piżama. Odstawiłam kubek do kuchni i udałam się do sypialni. Musiałam iść już spać, ponieważ rano szłam do pracy. Do moich ukochanych dzieci.
Jack
-Teraz ja teraz ja!-krzyczała mała dziewczynka o imieniu Lisa. Bawiłem się właśnie z nią i innymi dzieciakami. Podnosiłem je i okręcałem wokół siebie. Dziewczynki miały karuzele, a chłopcy samolot. Zniszczyłbym im dzieciństwo mówiąc, że to jedno i to samo.
Zaśmiałem się.
-Samolot pasażerski Max 2000 właśnie ląduje!-wykrzyknąłem udając głos pilota i powoli odstawiłem śmiejącego się dzieciaka.-Zapraszamy panią do karuzeli.-powiedziałem łapiąc dziewczynkę pod pachami.
-To karuzela z kucykami!-krzyknęła, kiedy zacząłem ją kręcić.-Łi...!
W końcu odstawiłem ją i padłem na ziemię, oddychając ciężko. Najwyraźniej dzieciakom jeszcze było mało, bo usiadły na mnie krzycząc moje imię.
-Spokój spokój-zaśmiałem się ściągając ich powoli z siebie i kładąc obok. W tym momencie usłyszeliśmy krzyk jednej z mam dzieciaków.
-Nie chcę jeszcze iść-jęknął Max.
-Spotkamy się jutro-obiecałem.
-A co jeśli nie?-spytała cichutko Cassie.
-Obiecuję. A teraz lećcie do domków. A potem szybko do łóżka, be inaczej nic wam się nie przyśni.
Pożegnały się ze mną szybko i zniknęły za drzwiami domów.
Trochę im zazdrościłem. Zawsze miały gdzie wrócić.DO miejsca, gdzie ktoś będzie na nich czekał.
Ogarniętymi tymi myślami poleciałem w górę.
Wiatr szumiący w moich uszach i to, że byłem z dala od innych ludzi pozwalało mi się uwolnić od wszystkiego. Od zmartwień.
Nie wiem ile czasu spędziłem w powietrzu. Nie obchodziło mnie gdzie lecę. Ważne było to, że moje stopy nie dotykały ziemi.
Ale nie ważne jak bardzo starałem się nie myśleć, zawsze lądowałem w tym samym miejscu.
Była to ta polana. NASZA polana. Nikt nie miał prawa tu być. To miejsce było nietknięte. Nie naruszone. Na środku stał lodowy posąg. Sam go zrobiłem w przypływie frustracji. Przedstawiał on ją. Elsę. Moje słońce. Usiadłem na przeciwko niej. Często do niej przychodziłem i rozmawiałem. A właściwie tylko mówiłem. Może już oszalałem z tęsknoty, ale nadal miałem nadzieję, że on mnie słyszy.
-Cześć, Słońce.-powiedziałem.-Wiesz, jak ostatnio tu byłem wydawałaś mi się bardziej uśmiechnięta. Nie no, tylko żartuję. Nic się nie zmieniłaś. Czy...czy w rzeczywistości też tak jest? Czy nadal masz takie piękne oczy? Czy twoje włosy nadal kręcą się na końcach? Czy nadal masz taki piękny głos? Tak dawno go nie słyszałem... Gdybyś tu była, na pewno byś mi coś zaśpiewała, nie? Albo zagrała na gitarze. Ale mogłabyś tu po prostu siedzieć i się nie odzywać. Wtedy tez byłbym szczęśliwy. Byle byś tylko tu była.
*choroba wymyślona na potrzeby opowiadania. Szczegółów dowiecie się w kolejnych rozdziałach.
Heeeej. No trochę się pozmieniało. Przy Jacku straciłam wenę totalnie, ale mam nadzieję, że nie wyszło tak źle, co?
Pozdrawiam ;*
czwartek, 4 sierpnia 2016
Rozdział XXVII
Elsa
Nie wiem ile czasu minęło.
Pamiętam tylko ból.
Rozgrzany bat na moich plecach.
I ciągłą ciemność.
Czasami wydaje mi się, że słyszę czyjeś głosy. Że czuje igły wbijające się w moje ręce i brzuch.
Czasami udaje mi się otworzyć oczy.
Czasami nie widzę nic.
Czasami widzę ich twarze....
Budzę się. A właściwie zostanę wybudzona. Nie tak brutalnie jak zawsze. Dziewczyna delikatnie trącała moim ramieniem tak, jakby uważała, by coś mnie nie zabolało. Spoglądam ponad ramieniem dziewczyny, by uniknąć jej zbolałego wzroku.
Tuż za nią stał chłopak. Miał skrzyżowane ręce na piersi, a jego spojrzenie było zimne.
-Kazał cię do niego przyprowadzić.-odezwała się spokojnie dziewczyna. Jej głos był spokojny i delikatny. Zupełnie tutaj nie pasował.
-A co, potężnemu władcy nie chce się ruszyć tłustej dupy do ofiary?-warknęłam, a mój głos był zachrypnięty i pozbawiony dawnej melodyjności.
Dziewczyna spojrzała na chłopaka, a ten podszedł do niej i złapał za rękę. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie zrobił tego z niemal namacalną czułością.
-Musimy jej pomóc.-szepnęła dziewczyna patrząc spokojnie na jego twarz.-Spójrz na nią. Nie widzisz jak cierpi?
-Jeżeli Mrok się dowie, ze chociażby ją dotknęliśmy bez jego pozwolenia-zabije nas.
-Ona jest ważniejsza, nie rozumiesz?
-Dlaczego tak się o nią martwisz? Dlaczego ON ją tak traktuje. Przecież to tylko zwykły człowiek.
-Musi być bezpieczna-powiedziała dziewczyna i spojrzała na mnie. Nie miałam pojęcia o co chodzi, więc tylko siedziałam tam, gdzie wcześniej, a moje powieki opadały coraz bardziej.
-Ty musisz być bezpieczna-powiedział chłopak i musnął kciukami jej policzki. Jack też tak robił...
Odsunęła jego dłonie od twarzy i uklękła przede mną.
-Woła cię-powiedziała.-Wytrzymaj ostatni raz. Obiecuję, tylko proszę, wytrzymaj ten jeden raz.
Nadal mój umysł nie ogarniał sytuacji. Teraz jednak poczułam strach. Kolejne spotkanie z nim miało przynieść mi kolejne rany na moim zmaltretowanym ciele. Strach zawładnął moim ciałem, kiedy zaczęłam brać krótkie płytkie oddechy.
Wzięli mnie od ręce i zaczęli mnie prowadzić w nieznanym kierunku. NIGDY nie wychodziłam poza swój loch. Teraz byłam na zewnątrz niego.
Miejsce wydawało mi się obce. Długi, mroczny korytarz. Zamknęłam oczy powłócząc nogami. Po prawej była jadalnia...Ta myśl pojawiła mi się w głowie. Skąd to wiedziałam. I skąd wiedziałam, że tuż obok jadalni znajdowała się ogromna, przestronna kuchnia z jednym oknem...?
Moje myśli zostały przerwane przez przerażenie, kiedy weszliśmy do pomieszczenia gdzie znajdował się ON.
Może dziś mnie nie uderzy. Może da mi spokój...
Wyraźnie uśmiechnął się na mój widok. Ale nie był to najprzyjemniejszy uśmiech. Wstał, zarzucając swoją szatą.
Szatą na której nigdy nie było śladów krwi.
-Nadal mówisz nie?-spytał po prostu podchodząc do stolika. Wiedziałam, co tam jest.
Wiedziałam, ze wykorzysta to na mnie.
-Nie-wyszeptałam i zacisnęłam powieki oczekując na ból.
Zawsze używał bata. Pragnęłam, by był to skórzany, długi bat, taki, którym pogania się zwierzęta. Bat, którego on używał, zakończony był haczykami, które często były rozgrzane.
Poczułam pierwsze uderzenie. Ramię, połowa pleców. Cztery. Nauczyłam się to liczyć bardzo szybko. I zawsze liczyłam. To mi pomagało przetrwać do utraty przytomności.
Kolejne smagnięcie batem. Drugie ramię. Znów połowa pleców. Tym razem tylko trzy.
Czułam pieczenie, ból i niewyobrażalne cierpienie. Byłam jak pies, dręczony przez swojego pana. Jak zniewolone zwierzę.
To tak bardzo bolało.
Zaczął się śmiać. Często to robił. Ale wiedziałam, że kiedy zaczynał się śmiać, jego ruchy stawały się szybsze i doprowadzał mnie do stanu uśpienia.
Ale tym razem jego bat nie uderzył mnie ponownie.
Proszę, skończ to już. Proszę, proszę...
-KIEDY TY WRESZCIE PRZESTANIESZ?!-ryknął.
Niech już przestanie. Niech to się skończy...
Kolejne smagnięcie. Kolejne rany. Kolejny ból.
I znów.
I znów.
I znów...
Jack
Rok.
Aż rok.
Rok, od kiedy widziałem jej uśmiech. Rok, odkąd dotykałem jej twarzy. Rok, odkąd słyszałem jej śmiech. Rok, odkąd mnie zwyzywała. Rok, odkąd widziałem ją po raz ostatni.
Teraz byłem pozbawiony uczuć. Nie czułem smutku, złości, ani nawet miłości do niej. Bo do miłości potrzebne jest serce, a moje zniknęło razem z nią.
Wiele razy próbowałem zastąpić ją jakąś inną dziewczyną. Znalazłem jedną, całkiem podobną. Te same włosy, podobne oczy. Ale zupełnie inny głos. Nienaturalnie pełne wargi. Brak talii osy.
Nie wymawiałem już jej imienia. Nie chciałem tego robić. To za bardzo bolało. Stała się "nią". Nawet Ania tak mówiła.
Wyprowadziła się z domu. Było ciężko, bo nie była pełnoletnia, ale przekonałem jej rodziców, ze jest wystarczająco zraniona i wystarczająco dorosła, by móc mieszkać bez rodziców. Jej matka padła na kolana i płakała, by jej ukochana córka została. Zarzekała się, że kocha tylko ją. Ale Ania nie tego pragnęła. Pragnęła by matka kochała je obie.
Więc się wyprowadziła. Na razie do kuzynki-Roszpunki. Ale za dwa lata skończy 18 lat. A wtedy miała zamiar zamieszkać z Kristoffem. Z resztą-już prawie tam mieszka. Spędza tam większość czasu, czasami zostaje na noc.
Kiedy ONA zniknęła, Ania stała się swoim zupełnym przeciwieństwem. Zaczęła kłamać. Nie uśmiechała się już swoim szerokim uśmiechem. Nie promieniała. I często się wściekała.
Prosiła mnie, bym często ją odwiedzał. Ale nie mogłem robić tego tak często jak ona by chciała. Za bardzo przypominała mi siostrę. Te same rysy twarzy. Te same usta. Ten sam nos...Opuściłem swoje mieszkanie już na zawsze. Szwędałem się po świecie. Może wgłębi duszy miałem nadzieję na to, że ją odnajdę. Może po prostu chciałem o niej zapomnieć.
Ale nie zapomniałem. Nie zapomniałem ani jednej sekundy z naszych spotkań. Odtwarzałem je w głowie tysiące razy.
Wróciłem na Biegun. Zaszyłem się w swoim pokoju i tam odpoczywałem. A kiedy miałem już dość przytulania poduszki przez sen, myśląc, że to ona, wylatywałem. Znikałem na tygodnie, czasami miesiące...a potem wracałem i znów zaszywałem się w pokoju. Błędne koło.
Leżałem na łóżku wpatrując się w sufit. Tym razem zostałem tu wezwany. Rzadko się to zdarzało, a jeżeli już, nie interesowało mnie to.
Drzwi mojego pokoju się otworzyły. Stanęła w nich Wróżka. Ona jedyna jakby akceptowała tą sytuacje. Akceptowała JĄ. Patrzyła na mnie ze współczuciem.
-Wszyscy już czekają, Jack-powiedziała i usiadła na skraju łóżka.
-Pff..niech czekają. Ja im nie każę mnie wzywać.-prychnąłem i odwróciłem od niej wzrok.
-Przede mną nie musisz udawać zimnego dupka, Jack. Ja wiem, że za nią tęsknisz.
-Nie waż się o niej wspominać! To wcale nie o nią chodzi!-gwałtownie wstałem. Jasne, ze chodziło o nią, ale czy ona to musiała wiedzieć?
Uśmiechnęła się smutno i również wstała. Wszystko co robiła, robiła z gracją. Czasami doprowadzało mnie to do szału. Na przykład teraz.
-Wiem, że to przez nią, Jack. Nie możesz się tak zamykać. Nie możesz być sam. To, że ona odeszła...Musisz zacząć żyć. Musisz się nauczyć żyć bez niej.
-Nie!-ryknąłem, a ona się wzdrygnęła.-Nie chcę bez niej żyć rozumiesz?! Ona była moim wszystkim! Była czymś, czego ja nie miałem! Była moim słońcem! Nie ma świata bez słońca. Chcę by ono wróciło. By słońce oświetliło mi duszę. I żeby zwróciło mi moje serce.
Spuściłem wzrok na swoje gołe stopy. Już dawno zrezygnowałem z butów. Jej to przeszkadzało. Zawsze mi przypominała, żebym założył buty. Kiedy odeszła...nie potrzebowałem ich.
Niespodziewanie poczułem jak małe ciało Wróżki otula moje. Od razu odwzajemniłem uścisk. Czułem się jak pięciolatek, który potrzebuje po prostu przytulenia. A ona mi go dała.
Poczułem, jak łzy spływają po moich policzkach, ale Strażniczka przytula mnie mocniej.
-Tęsknię za nią-wyszeptałem-Tęsknię za moją Elsą.
Heeeeeej.
Boże, przepraszam was po raz tysięczny(kiepska ze mnie blogerka :/) że nie było rozdziału. Spędzałam wakacje u kuzynki, a tam nie dało się pisać.
W każdym razie...teraz ruszamy z kopyta, myślę, ze rozdziały będą pojawiały się co dwa dni(a może czasami codziennie) więc nadrobimy stratę. Potrzebuję motywacji w postaci waszych komentarzy, które naprawdę dają kopa do działania.
Kocham was ;*
Nie wiem ile czasu minęło.
Pamiętam tylko ból.
Rozgrzany bat na moich plecach.
I ciągłą ciemność.
Czasami wydaje mi się, że słyszę czyjeś głosy. Że czuje igły wbijające się w moje ręce i brzuch.
Czasami udaje mi się otworzyć oczy.
Czasami nie widzę nic.
Czasami widzę ich twarze....
Budzę się. A właściwie zostanę wybudzona. Nie tak brutalnie jak zawsze. Dziewczyna delikatnie trącała moim ramieniem tak, jakby uważała, by coś mnie nie zabolało. Spoglądam ponad ramieniem dziewczyny, by uniknąć jej zbolałego wzroku.
Tuż za nią stał chłopak. Miał skrzyżowane ręce na piersi, a jego spojrzenie było zimne.
-Kazał cię do niego przyprowadzić.-odezwała się spokojnie dziewczyna. Jej głos był spokojny i delikatny. Zupełnie tutaj nie pasował.
-A co, potężnemu władcy nie chce się ruszyć tłustej dupy do ofiary?-warknęłam, a mój głos był zachrypnięty i pozbawiony dawnej melodyjności.
Dziewczyna spojrzała na chłopaka, a ten podszedł do niej i złapał za rękę. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie zrobił tego z niemal namacalną czułością.
-Musimy jej pomóc.-szepnęła dziewczyna patrząc spokojnie na jego twarz.-Spójrz na nią. Nie widzisz jak cierpi?
-Jeżeli Mrok się dowie, ze chociażby ją dotknęliśmy bez jego pozwolenia-zabije nas.
-Ona jest ważniejsza, nie rozumiesz?
-Dlaczego tak się o nią martwisz? Dlaczego ON ją tak traktuje. Przecież to tylko zwykły człowiek.
-Musi być bezpieczna-powiedziała dziewczyna i spojrzała na mnie. Nie miałam pojęcia o co chodzi, więc tylko siedziałam tam, gdzie wcześniej, a moje powieki opadały coraz bardziej.
-Ty musisz być bezpieczna-powiedział chłopak i musnął kciukami jej policzki. Jack też tak robił...
Odsunęła jego dłonie od twarzy i uklękła przede mną.
-Woła cię-powiedziała.-Wytrzymaj ostatni raz. Obiecuję, tylko proszę, wytrzymaj ten jeden raz.
Nadal mój umysł nie ogarniał sytuacji. Teraz jednak poczułam strach. Kolejne spotkanie z nim miało przynieść mi kolejne rany na moim zmaltretowanym ciele. Strach zawładnął moim ciałem, kiedy zaczęłam brać krótkie płytkie oddechy.
Wzięli mnie od ręce i zaczęli mnie prowadzić w nieznanym kierunku. NIGDY nie wychodziłam poza swój loch. Teraz byłam na zewnątrz niego.
Miejsce wydawało mi się obce. Długi, mroczny korytarz. Zamknęłam oczy powłócząc nogami. Po prawej była jadalnia...Ta myśl pojawiła mi się w głowie. Skąd to wiedziałam. I skąd wiedziałam, że tuż obok jadalni znajdowała się ogromna, przestronna kuchnia z jednym oknem...?
Moje myśli zostały przerwane przez przerażenie, kiedy weszliśmy do pomieszczenia gdzie znajdował się ON.
Może dziś mnie nie uderzy. Może da mi spokój...
Wyraźnie uśmiechnął się na mój widok. Ale nie był to najprzyjemniejszy uśmiech. Wstał, zarzucając swoją szatą.
Szatą na której nigdy nie było śladów krwi.
-Nadal mówisz nie?-spytał po prostu podchodząc do stolika. Wiedziałam, co tam jest.
Wiedziałam, ze wykorzysta to na mnie.
-Nie-wyszeptałam i zacisnęłam powieki oczekując na ból.
Zawsze używał bata. Pragnęłam, by był to skórzany, długi bat, taki, którym pogania się zwierzęta. Bat, którego on używał, zakończony był haczykami, które często były rozgrzane.
Poczułam pierwsze uderzenie. Ramię, połowa pleców. Cztery. Nauczyłam się to liczyć bardzo szybko. I zawsze liczyłam. To mi pomagało przetrwać do utraty przytomności.
Kolejne smagnięcie batem. Drugie ramię. Znów połowa pleców. Tym razem tylko trzy.
Czułam pieczenie, ból i niewyobrażalne cierpienie. Byłam jak pies, dręczony przez swojego pana. Jak zniewolone zwierzę.
To tak bardzo bolało.
Zaczął się śmiać. Często to robił. Ale wiedziałam, że kiedy zaczynał się śmiać, jego ruchy stawały się szybsze i doprowadzał mnie do stanu uśpienia.
Ale tym razem jego bat nie uderzył mnie ponownie.
Proszę, skończ to już. Proszę, proszę...
-KIEDY TY WRESZCIE PRZESTANIESZ?!-ryknął.
Niech już przestanie. Niech to się skończy...
Kolejne smagnięcie. Kolejne rany. Kolejny ból.
I znów.
I znów.
I znów...
Jack
Rok.
Aż rok.
Rok, od kiedy widziałem jej uśmiech. Rok, odkąd dotykałem jej twarzy. Rok, odkąd słyszałem jej śmiech. Rok, odkąd mnie zwyzywała. Rok, odkąd widziałem ją po raz ostatni.
Teraz byłem pozbawiony uczuć. Nie czułem smutku, złości, ani nawet miłości do niej. Bo do miłości potrzebne jest serce, a moje zniknęło razem z nią.
Wiele razy próbowałem zastąpić ją jakąś inną dziewczyną. Znalazłem jedną, całkiem podobną. Te same włosy, podobne oczy. Ale zupełnie inny głos. Nienaturalnie pełne wargi. Brak talii osy.
Nie wymawiałem już jej imienia. Nie chciałem tego robić. To za bardzo bolało. Stała się "nią". Nawet Ania tak mówiła.
Wyprowadziła się z domu. Było ciężko, bo nie była pełnoletnia, ale przekonałem jej rodziców, ze jest wystarczająco zraniona i wystarczająco dorosła, by móc mieszkać bez rodziców. Jej matka padła na kolana i płakała, by jej ukochana córka została. Zarzekała się, że kocha tylko ją. Ale Ania nie tego pragnęła. Pragnęła by matka kochała je obie.
Więc się wyprowadziła. Na razie do kuzynki-Roszpunki. Ale za dwa lata skończy 18 lat. A wtedy miała zamiar zamieszkać z Kristoffem. Z resztą-już prawie tam mieszka. Spędza tam większość czasu, czasami zostaje na noc.
Kiedy ONA zniknęła, Ania stała się swoim zupełnym przeciwieństwem. Zaczęła kłamać. Nie uśmiechała się już swoim szerokim uśmiechem. Nie promieniała. I często się wściekała.
Prosiła mnie, bym często ją odwiedzał. Ale nie mogłem robić tego tak często jak ona by chciała. Za bardzo przypominała mi siostrę. Te same rysy twarzy. Te same usta. Ten sam nos...Opuściłem swoje mieszkanie już na zawsze. Szwędałem się po świecie. Może wgłębi duszy miałem nadzieję na to, że ją odnajdę. Może po prostu chciałem o niej zapomnieć.
Ale nie zapomniałem. Nie zapomniałem ani jednej sekundy z naszych spotkań. Odtwarzałem je w głowie tysiące razy.
Wróciłem na Biegun. Zaszyłem się w swoim pokoju i tam odpoczywałem. A kiedy miałem już dość przytulania poduszki przez sen, myśląc, że to ona, wylatywałem. Znikałem na tygodnie, czasami miesiące...a potem wracałem i znów zaszywałem się w pokoju. Błędne koło.
Leżałem na łóżku wpatrując się w sufit. Tym razem zostałem tu wezwany. Rzadko się to zdarzało, a jeżeli już, nie interesowało mnie to.
Drzwi mojego pokoju się otworzyły. Stanęła w nich Wróżka. Ona jedyna jakby akceptowała tą sytuacje. Akceptowała JĄ. Patrzyła na mnie ze współczuciem.
-Wszyscy już czekają, Jack-powiedziała i usiadła na skraju łóżka.
-Pff..niech czekają. Ja im nie każę mnie wzywać.-prychnąłem i odwróciłem od niej wzrok.
-Przede mną nie musisz udawać zimnego dupka, Jack. Ja wiem, że za nią tęsknisz.
-Nie waż się o niej wspominać! To wcale nie o nią chodzi!-gwałtownie wstałem. Jasne, ze chodziło o nią, ale czy ona to musiała wiedzieć?
Uśmiechnęła się smutno i również wstała. Wszystko co robiła, robiła z gracją. Czasami doprowadzało mnie to do szału. Na przykład teraz.
-Wiem, że to przez nią, Jack. Nie możesz się tak zamykać. Nie możesz być sam. To, że ona odeszła...Musisz zacząć żyć. Musisz się nauczyć żyć bez niej.
-Nie!-ryknąłem, a ona się wzdrygnęła.-Nie chcę bez niej żyć rozumiesz?! Ona była moim wszystkim! Była czymś, czego ja nie miałem! Była moim słońcem! Nie ma świata bez słońca. Chcę by ono wróciło. By słońce oświetliło mi duszę. I żeby zwróciło mi moje serce.
Spuściłem wzrok na swoje gołe stopy. Już dawno zrezygnowałem z butów. Jej to przeszkadzało. Zawsze mi przypominała, żebym założył buty. Kiedy odeszła...nie potrzebowałem ich.
Niespodziewanie poczułem jak małe ciało Wróżki otula moje. Od razu odwzajemniłem uścisk. Czułem się jak pięciolatek, który potrzebuje po prostu przytulenia. A ona mi go dała.
Poczułem, jak łzy spływają po moich policzkach, ale Strażniczka przytula mnie mocniej.
-Tęsknię za nią-wyszeptałem-Tęsknię za moją Elsą.
Heeeeeej.
Boże, przepraszam was po raz tysięczny(kiepska ze mnie blogerka :/) że nie było rozdziału. Spędzałam wakacje u kuzynki, a tam nie dało się pisać.
W każdym razie...teraz ruszamy z kopyta, myślę, ze rozdziały będą pojawiały się co dwa dni(a może czasami codziennie) więc nadrobimy stratę. Potrzebuję motywacji w postaci waszych komentarzy, które naprawdę dają kopa do działania.
Kocham was ;*
czwartek, 14 lipca 2016
Rozdział XXVI
Elsa
Dużo płakałam. A właściwie nie płakałam, bo co to za łzy, które nie płyną po policzkach tworząc oczyszczającą ścieżkę? Byłam zrozpaczona. Smuta. Zła. Nie wiedziałam co zrobiłam źle. W którym momencie zawiniłam. Ale choćby Jack wykrzyczał mi w twarz, że jestem bezużyteczną dziwką, nadal kochałam go tak samo mocno. Miłości nie da się tak łatwo zapomnieć. Dlatego to tak bardzo bolało.
On przychodził do mnie tak często, że przestałam liczyć. Prosił, bym zapomniała. Błagał, bym przeszła na mroczną stronę. Na jego stronę. Mówił, że Jack już mnie nie kocha. Że teraz tylko on mi pozostaje. Mrok.
Nie miałam na nic siły. Nie chciało mi się jeść. Nie chciało mi się spać. Całymi dniami leżałam na podłodze-nie miałam nawet łóżka. Mrok powiedział, że dostanę wszelkie luksusy, jeżeli tylko przejdę na jego stronę. Ale nigdy nie zamierzałam tego robić.
Co noc śniły mi się koszmary. Wszystkie z Jack'iem w roli głównej. Każdy gorszy od poprzedniego. Każdy równie okropny.
Nie wiem ile czasu minęło. Wydawało mi się, że długo. Moje paznokcie urosły na długie "szpony". Lubiłam stukać nimi o ścianę. Wydawały wtedy taki przyjemny dźwięk. Czasami, kiedy miałam naprawdę dość, stukałam nimi za mocno i wtedy się łamały. Jeden po drugim. A potem znów rosły i znów się łamały.
Od dawna nie widziałam się w lustrze. Nie wiedziałam jak wyglądam, w jakim stanie jest moja twarz. Przypuszczałam, że w okropnym.
Otworzyłam oczy. Znów leżałam na podłodze, musiałam zasnąć. Podniosłam się to pozycji siedzącej i oparłam głowę na ścianie. Zamknęłam oczy. Chociaż i tak nie było różnicy i tak było ciemno.
-Jak długo zamierzasz się jeszcze opierać?-znów usłyszałam ten jego obrzydliwy głos. Wcześniej wstałabym i za wszelką cenę próbowała go zaatakować, ale teraz...Nawet nie otwierałam oczu.
-Do końca.-odpowiedziałam pewnie.
-Ale wiesz, że to bezcelowe? Posłuchaj, wiem, ze ci tu niewygodnie.-oho, zaczyna się, seria zapewnień i przekonywań.-Zgódź się. Dostaniesz łóżko. Własny pokój. Władzę. Będziesz mogła się zemścić na Strażnikach....
-Jak na razie, chcę się zemścić wyłącznie na tobie.-otworzyłam oczy i wstałam. Stanęłam z nim twarzą w twarz.-Choćbyś miał tu przychodzić do końca świata, nigdy nie przejdę na twoją stronę i NIGDY nie zapomnę o Jack'u! Jesteś tylko zwykłym sukinsynem, idiotą bez mózgu, jeśli myślisz, ze się zgodzę.
W tym momencie zamachnął się, a ja poczułam palący ból na policzku. Uderzył mnie. Nigdy tego nie robił,a jednak mnie wtedy uderzył mnie po raz pierwszy.
-Jesteś za bardzo rozwydrzona. Nauczę cię szacunku.-wysyczał.-Sedric, bat!-krzyknął.
Wzrok skupiony miałam na podłodze, ale dobrze wiedziałam, że do pomieszczenia wszedł mężczyzna, który towarzyszył Mrokowi. Dobrze wiedziałam, że mu coś podał.
Chwilę potem usłyszałam jego śmiech , a potem poczułam piekący ból na ramieniu.
Jack
Minęły trzy miesiące. Trzy. Pieprzone. Miesiące.
Każdego dnia myślałem o tym, jaki głupi byłem. Na początku byłem na nią wściekły. Nie potrafiłem nawet wypowiedzieć jej imienia. Nie moglem uwierzyć, że to zrobiła.
A potem zacząłem myśleć. W końcu. I zdałem sobie sprawę, że to nie była jej wina. Że ona nie byłaby zdolna do czegoś takiego. Że to nie mogła być ona. I że byłem pieprzonym idiotom.
Moim jedynym zadaniem było zabranie ją stamtąd. Była tak blisko mnie. Tak naprawdę była na wyciągnięcie ręki. A ja po prostu stamtąd uciekłem.
Obwiniałem siebie przez długi czas. Przestałem chodzić do szkoły, latać do strażników, spotykać się z innymi ludźmi. Całymi dniami leżałem w mieszkaniu myśląc o niej. Mój telefon często dzwonił, a ja nawet nie sprawdzałem, kto próbuje się do mnie dobić.
Leżałem na łóżku z zamkniętymi oczami.W wyobraźni widziałem Elsę. Uśmiechała się do mnie, a ja czułem, jak moje kąciki ust unoszą się do góry. A potem otwarłem oczy. Nie było jej. Z moich oczu popłynęły łzy. Nie pierwszy raz z resztą. Znów zamknąłem oczy by choć na chwile pobyć w świecie, gdzie wszystko jest proste.
-Długo będziesz tak leżał?-zerwałem się gwałtownie. W drzwiach mojej sypialni stał Kristoff. Od czasu kiedy ona zniknęła, jej siostra dostawała totalnego kręćka. Z resztą,nie dziwiłem się jej. Ja i Kris zakumplowaliśmy się, kiedy opiekowaliśmy się Anią.
-Stary, siedzisz tu już ponad 2 miesiące.-moje rozmyślania przerwał głos chłopaka.-Posłuchaj, ja wiem, że coś się stało. Wiem, że kiedy przyszedłeś do baru i schlałeś się w trzy dupy, coś musiało się stać.
I faktycznie, stało się. To właśnie wtedy wystąpił ta cała akcja z tym chłopakiem i Elsą.
-To...-nie wiedziałem jak zacząć. Mimo, że bardzo go lubiłem, nie mogłem mu powiedzieć całej prawdy.-To jest bardziej skomplikowane niż myślisz. Nie mogę ci za dużo powiedzieć, ale...Ale ja ją widziałem.
-Kogo?
-Elsę.
Blondyna wyraźnie zamurowało.
-Jack, jesteś...
-Tak, jestem pewien do cholery!-krzyknąłem i wstałem, przeczesując włosy ręką.- Ja..rozmawiałem z nią i...i coś się stało, ale nie mogę ci nic więcej powiedzieć.
-Okej, czyli mam rozumieć, że widziałeś się ze swoją dziewczyną, która z niewiadomych przyczyn zniknęła i nawet słowem o tym nie wspomniałeś?!-on również wstał.
-To nie tak! Elsa...ona...ona była inna okej?! Po prostu...nie ważne. Zapomnij o tej rozmowie-opadłem z powrotem na łóżko.-Po co przyszedłeś. Bo chyba nie odwiedzić starego kolegę?
Odetchnął głęboko i usiadł.
-Z Anką się pogorszyło. Myślałem, że wiesz...czas leczy rany. Ale ona...kurde, poszła do szkoły i...i miała atak histerii. Byli wzywani jej rodzice, którzy zabrali ją do domu, a wtedy było jeszcze gorzej. Zadzwoniły do mnie jej przyjaciółki, kiedy wylądowała w szpitalu.
-Zaraz...jak to w szpitalu? Co jej jest?
-Teraz jest lepiej, dziś wróciła do domu. Po prostu...po tym ataku w szkole zniszczyła wszystko w pokoju. Lustra, ubrania, szkło...Miała poranione ręce i stopy i rozbitą głowę. Musiała się gdzieś poślizgnąć, czy coś...Jej rodzice zdecydowali, że nie ukończy nauki w tym roku.
-To...kurde, przykro mi, ale co ja mam z tym zrobić?
-No...ty i Ania znaliście ją najlepiej. Pomyślałem, że może jak z nią pogadasz, że to może coś zmieni...Ech, dobra nie ważne. Udaj...udaj, ze tej rozmowy nie było.-powiedział i zaczął wychodzić.
-Czekaj.-zatrzymałem go.-Pójdę do niej. Może przynajmniej tyle pomogę.
-Jezu, dzięki stary. Masz 10 minut. Czekam przed domem.
Zebrałem się w jakieś 15 minut i od razu ruszyliśmy do domu Ani samochodem Krisa. Tak dawno tam nie byłem...nie mogłem wytrzymać, tam wszystko przypominało mi Elsę. Obawiałem się, co może się stać, kiedy przekroczę próg jej domu, ale nie chciałem zostawiać Ani samej. Wiedziałem, że cierpi tak samo jak ja.
Kiedy w końcu dotarliśmy, zacząłem się stresować jeszcze bardziej. Miałem ochotę zwymiotować, szczególnie, kiedy otworzyła nam "mama" dziewczyn. Na ustach przyklejony miała uśmiech, jakby nic się nie działo. Nienawidziłem ich, bo tak bardzo olewali Elsę... Jakby nie była ich córką.
Ale kiedy stanąłem przed drzwiami pokoju Ani, chciałem zawrócić. Kris został na dole z jej rodzicami, chciał dać mi chwilę na spotkanie z dziewczyną. I mimo, że chciałem robić tysiące rzeczy na raz-uciec stamtąd, wejść do pokoju Elsy i sprawdzić, czy coś się tam zmieniło, wykrzyczeć "rodzicom" dziewczyn jak bardzo są beznadziejni, zrobiłem tylko jedno. Popchnąłem drzwi i wszedłem do pokoju Ani.
Moim oczom ukazała się niepasująca tutaj pustka. Jedynymi przedmiotami w pokoju było łóżko i dywan. Nic więcej. Żadnych półek, szafy, porozrzucanych ubrań...Nic.
Na łóżku siedziała Ania. Jej twarz była opuchnięta z płaczu, a oczy nie świeciły już radośnie jak zwykle. Kiedy tylko wszedłem podniosła głowę i wyszeptała:
-Elsa?
Ścisnęło mi się serce na jej ton głosu. Poczułem na nowo wzbierające łzy, jednak nie chciałem płakać. Nie przy niej.
-Nie. To ja Aniu. Jack.-powiedziałem, podchodząc i siadając przy niej na łóżku.
-Jack!-krzyknęła i przytuliła się do mnie, szlochając głośno.-Tak dawno cię nie widziałam....
Otrząsnąwszy się w pierwszego szoku, zacząłem głaskać ją po głowie i pozwoliłem jej łzom moczyć moją koszulkę.
-Ci...nie płacz...-powtarzałem, kołysząc nią w tył i wprzód.
-Tak się cieszę, że tu jesteś...Muszę z kimś porozmawiać, a Kristoff nie rozumie. Elsa by rozumiała, ale jej...jej nie ma...
-Ci...spokojnie-powtarzałem, kiedy rozpłakała się na nowo.
Nie wiem ile tam siedzieliśmy, ale ścierpły mi ramiona, a torsje, którymi wstrząsała Ania minęły. Podniosła się i spojrzała na mnie. Jej kąciki ust drgnęły ku górze, ale nie był to nawet cień jej uśmiechu.
-Zamknij drzwi, proszę.-wyszeptała.
Wykonałem jej polecenie i wróciłem na swoje miejsce. Siedzenie na jej łóżku było dla mnie odrobinę zawstydzające, ale nie było tu nawet krzesła, ni którym mógłbym usiąść.
-Wiesz, jaka byłam ślepa?-wyrwała mnie z zamyślenia dziewczyna. Wpatrywała się w okno, bawiąc się palcami.-Jak umarli nam rodzice, to...to myślałam, ze ci na dole zapewnią nam z powrtotem rodzinę. Mówiłam do nich "mamo" i "tato". A oni ją tak po prostu olewali. Nigdy jej nie chcieli. Wiesz co mi powiedzieli? Że kupią mi psa. Psa, rozumiesz?! Chcieli mi siostrę zastąpić zwierzęciem. Tym dla nich była-zwierzęciem do wykarmienia. Nikim innym.
-Wiem...-powiedziałem, przez zaciśnięte zęby.
-A ja im tak bardzo ufałam. Posłuchaj-nagle poruszyła się i złapała mnie za ręce i popatrzyła w moje oczy z nadzieją.-Nie mogę tu być. Nie mogę mieszkać w pokoju, z tą pustką wokół siebie, jej pokojem tuż za ścianą i tymi wariatami na dole. Posłuchaj, chcę się stąd wynieść, nie chcę tu być...Pomóż mi, błagam pomóż mi się stąd wydostać....
Spojrzałem na jej opuchnięte załzawione oczy. Elsa nie chciałaby dopuścić siostry do takiego stanu. Chciała dla niej szczęścia. Ale wiedziałem, ze tutaj go nie osiągnie. Wiedziałem co muszę zrobić.
-Pomogę ci.
HEEEEEJ! ^^ Dziś tak trochę dużo Jack'a i muszę powiedzieć, że w najbliższym czasie tak to będzie wyglądało. Bowiem w życiu Elsy...ale to już w następnym rozdziale.
Kocham was <3
Dużo płakałam. A właściwie nie płakałam, bo co to za łzy, które nie płyną po policzkach tworząc oczyszczającą ścieżkę? Byłam zrozpaczona. Smuta. Zła. Nie wiedziałam co zrobiłam źle. W którym momencie zawiniłam. Ale choćby Jack wykrzyczał mi w twarz, że jestem bezużyteczną dziwką, nadal kochałam go tak samo mocno. Miłości nie da się tak łatwo zapomnieć. Dlatego to tak bardzo bolało.
On przychodził do mnie tak często, że przestałam liczyć. Prosił, bym zapomniała. Błagał, bym przeszła na mroczną stronę. Na jego stronę. Mówił, że Jack już mnie nie kocha. Że teraz tylko on mi pozostaje. Mrok.
Nie miałam na nic siły. Nie chciało mi się jeść. Nie chciało mi się spać. Całymi dniami leżałam na podłodze-nie miałam nawet łóżka. Mrok powiedział, że dostanę wszelkie luksusy, jeżeli tylko przejdę na jego stronę. Ale nigdy nie zamierzałam tego robić.
Co noc śniły mi się koszmary. Wszystkie z Jack'iem w roli głównej. Każdy gorszy od poprzedniego. Każdy równie okropny.
Nie wiem ile czasu minęło. Wydawało mi się, że długo. Moje paznokcie urosły na długie "szpony". Lubiłam stukać nimi o ścianę. Wydawały wtedy taki przyjemny dźwięk. Czasami, kiedy miałam naprawdę dość, stukałam nimi za mocno i wtedy się łamały. Jeden po drugim. A potem znów rosły i znów się łamały.
Od dawna nie widziałam się w lustrze. Nie wiedziałam jak wyglądam, w jakim stanie jest moja twarz. Przypuszczałam, że w okropnym.
Otworzyłam oczy. Znów leżałam na podłodze, musiałam zasnąć. Podniosłam się to pozycji siedzącej i oparłam głowę na ścianie. Zamknęłam oczy. Chociaż i tak nie było różnicy i tak było ciemno.
-Jak długo zamierzasz się jeszcze opierać?-znów usłyszałam ten jego obrzydliwy głos. Wcześniej wstałabym i za wszelką cenę próbowała go zaatakować, ale teraz...Nawet nie otwierałam oczu.
-Do końca.-odpowiedziałam pewnie.
-Ale wiesz, że to bezcelowe? Posłuchaj, wiem, ze ci tu niewygodnie.-oho, zaczyna się, seria zapewnień i przekonywań.-Zgódź się. Dostaniesz łóżko. Własny pokój. Władzę. Będziesz mogła się zemścić na Strażnikach....
-Jak na razie, chcę się zemścić wyłącznie na tobie.-otworzyłam oczy i wstałam. Stanęłam z nim twarzą w twarz.-Choćbyś miał tu przychodzić do końca świata, nigdy nie przejdę na twoją stronę i NIGDY nie zapomnę o Jack'u! Jesteś tylko zwykłym sukinsynem, idiotą bez mózgu, jeśli myślisz, ze się zgodzę.
W tym momencie zamachnął się, a ja poczułam palący ból na policzku. Uderzył mnie. Nigdy tego nie robił,a jednak mnie wtedy uderzył mnie po raz pierwszy.
-Jesteś za bardzo rozwydrzona. Nauczę cię szacunku.-wysyczał.-Sedric, bat!-krzyknął.
Wzrok skupiony miałam na podłodze, ale dobrze wiedziałam, że do pomieszczenia wszedł mężczyzna, który towarzyszył Mrokowi. Dobrze wiedziałam, że mu coś podał.
Chwilę potem usłyszałam jego śmiech , a potem poczułam piekący ból na ramieniu.
Jack
Minęły trzy miesiące. Trzy. Pieprzone. Miesiące.
Każdego dnia myślałem o tym, jaki głupi byłem. Na początku byłem na nią wściekły. Nie potrafiłem nawet wypowiedzieć jej imienia. Nie moglem uwierzyć, że to zrobiła.
A potem zacząłem myśleć. W końcu. I zdałem sobie sprawę, że to nie była jej wina. Że ona nie byłaby zdolna do czegoś takiego. Że to nie mogła być ona. I że byłem pieprzonym idiotom.
Moim jedynym zadaniem było zabranie ją stamtąd. Była tak blisko mnie. Tak naprawdę była na wyciągnięcie ręki. A ja po prostu stamtąd uciekłem.
Obwiniałem siebie przez długi czas. Przestałem chodzić do szkoły, latać do strażników, spotykać się z innymi ludźmi. Całymi dniami leżałem w mieszkaniu myśląc o niej. Mój telefon często dzwonił, a ja nawet nie sprawdzałem, kto próbuje się do mnie dobić.
Leżałem na łóżku z zamkniętymi oczami.W wyobraźni widziałem Elsę. Uśmiechała się do mnie, a ja czułem, jak moje kąciki ust unoszą się do góry. A potem otwarłem oczy. Nie było jej. Z moich oczu popłynęły łzy. Nie pierwszy raz z resztą. Znów zamknąłem oczy by choć na chwile pobyć w świecie, gdzie wszystko jest proste.
-Długo będziesz tak leżał?-zerwałem się gwałtownie. W drzwiach mojej sypialni stał Kristoff. Od czasu kiedy ona zniknęła, jej siostra dostawała totalnego kręćka. Z resztą,nie dziwiłem się jej. Ja i Kris zakumplowaliśmy się, kiedy opiekowaliśmy się Anią.
-Stary, siedzisz tu już ponad 2 miesiące.-moje rozmyślania przerwał głos chłopaka.-Posłuchaj, ja wiem, że coś się stało. Wiem, że kiedy przyszedłeś do baru i schlałeś się w trzy dupy, coś musiało się stać.
I faktycznie, stało się. To właśnie wtedy wystąpił ta cała akcja z tym chłopakiem i Elsą.
-To...-nie wiedziałem jak zacząć. Mimo, że bardzo go lubiłem, nie mogłem mu powiedzieć całej prawdy.-To jest bardziej skomplikowane niż myślisz. Nie mogę ci za dużo powiedzieć, ale...Ale ja ją widziałem.
-Kogo?
-Elsę.
Blondyna wyraźnie zamurowało.
-Jack, jesteś...
-Tak, jestem pewien do cholery!-krzyknąłem i wstałem, przeczesując włosy ręką.- Ja..rozmawiałem z nią i...i coś się stało, ale nie mogę ci nic więcej powiedzieć.
-Okej, czyli mam rozumieć, że widziałeś się ze swoją dziewczyną, która z niewiadomych przyczyn zniknęła i nawet słowem o tym nie wspomniałeś?!-on również wstał.
-To nie tak! Elsa...ona...ona była inna okej?! Po prostu...nie ważne. Zapomnij o tej rozmowie-opadłem z powrotem na łóżko.-Po co przyszedłeś. Bo chyba nie odwiedzić starego kolegę?
Odetchnął głęboko i usiadł.
-Z Anką się pogorszyło. Myślałem, że wiesz...czas leczy rany. Ale ona...kurde, poszła do szkoły i...i miała atak histerii. Byli wzywani jej rodzice, którzy zabrali ją do domu, a wtedy było jeszcze gorzej. Zadzwoniły do mnie jej przyjaciółki, kiedy wylądowała w szpitalu.
-Zaraz...jak to w szpitalu? Co jej jest?
-Teraz jest lepiej, dziś wróciła do domu. Po prostu...po tym ataku w szkole zniszczyła wszystko w pokoju. Lustra, ubrania, szkło...Miała poranione ręce i stopy i rozbitą głowę. Musiała się gdzieś poślizgnąć, czy coś...Jej rodzice zdecydowali, że nie ukończy nauki w tym roku.
-To...kurde, przykro mi, ale co ja mam z tym zrobić?
-No...ty i Ania znaliście ją najlepiej. Pomyślałem, że może jak z nią pogadasz, że to może coś zmieni...Ech, dobra nie ważne. Udaj...udaj, ze tej rozmowy nie było.-powiedział i zaczął wychodzić.
-Czekaj.-zatrzymałem go.-Pójdę do niej. Może przynajmniej tyle pomogę.
-Jezu, dzięki stary. Masz 10 minut. Czekam przed domem.
Zebrałem się w jakieś 15 minut i od razu ruszyliśmy do domu Ani samochodem Krisa. Tak dawno tam nie byłem...nie mogłem wytrzymać, tam wszystko przypominało mi Elsę. Obawiałem się, co może się stać, kiedy przekroczę próg jej domu, ale nie chciałem zostawiać Ani samej. Wiedziałem, że cierpi tak samo jak ja.
Kiedy w końcu dotarliśmy, zacząłem się stresować jeszcze bardziej. Miałem ochotę zwymiotować, szczególnie, kiedy otworzyła nam "mama" dziewczyn. Na ustach przyklejony miała uśmiech, jakby nic się nie działo. Nienawidziłem ich, bo tak bardzo olewali Elsę... Jakby nie była ich córką.
Ale kiedy stanąłem przed drzwiami pokoju Ani, chciałem zawrócić. Kris został na dole z jej rodzicami, chciał dać mi chwilę na spotkanie z dziewczyną. I mimo, że chciałem robić tysiące rzeczy na raz-uciec stamtąd, wejść do pokoju Elsy i sprawdzić, czy coś się tam zmieniło, wykrzyczeć "rodzicom" dziewczyn jak bardzo są beznadziejni, zrobiłem tylko jedno. Popchnąłem drzwi i wszedłem do pokoju Ani.
Moim oczom ukazała się niepasująca tutaj pustka. Jedynymi przedmiotami w pokoju było łóżko i dywan. Nic więcej. Żadnych półek, szafy, porozrzucanych ubrań...Nic.
Na łóżku siedziała Ania. Jej twarz była opuchnięta z płaczu, a oczy nie świeciły już radośnie jak zwykle. Kiedy tylko wszedłem podniosła głowę i wyszeptała:
-Elsa?
Ścisnęło mi się serce na jej ton głosu. Poczułem na nowo wzbierające łzy, jednak nie chciałem płakać. Nie przy niej.
-Nie. To ja Aniu. Jack.-powiedziałem, podchodząc i siadając przy niej na łóżku.
-Jack!-krzyknęła i przytuliła się do mnie, szlochając głośno.-Tak dawno cię nie widziałam....
Otrząsnąwszy się w pierwszego szoku, zacząłem głaskać ją po głowie i pozwoliłem jej łzom moczyć moją koszulkę.
-Ci...nie płacz...-powtarzałem, kołysząc nią w tył i wprzód.
-Tak się cieszę, że tu jesteś...Muszę z kimś porozmawiać, a Kristoff nie rozumie. Elsa by rozumiała, ale jej...jej nie ma...
-Ci...spokojnie-powtarzałem, kiedy rozpłakała się na nowo.
Nie wiem ile tam siedzieliśmy, ale ścierpły mi ramiona, a torsje, którymi wstrząsała Ania minęły. Podniosła się i spojrzała na mnie. Jej kąciki ust drgnęły ku górze, ale nie był to nawet cień jej uśmiechu.
-Zamknij drzwi, proszę.-wyszeptała.
Wykonałem jej polecenie i wróciłem na swoje miejsce. Siedzenie na jej łóżku było dla mnie odrobinę zawstydzające, ale nie było tu nawet krzesła, ni którym mógłbym usiąść.
-Wiesz, jaka byłam ślepa?-wyrwała mnie z zamyślenia dziewczyna. Wpatrywała się w okno, bawiąc się palcami.-Jak umarli nam rodzice, to...to myślałam, ze ci na dole zapewnią nam z powrtotem rodzinę. Mówiłam do nich "mamo" i "tato". A oni ją tak po prostu olewali. Nigdy jej nie chcieli. Wiesz co mi powiedzieli? Że kupią mi psa. Psa, rozumiesz?! Chcieli mi siostrę zastąpić zwierzęciem. Tym dla nich była-zwierzęciem do wykarmienia. Nikim innym.
-Wiem...-powiedziałem, przez zaciśnięte zęby.
-A ja im tak bardzo ufałam. Posłuchaj-nagle poruszyła się i złapała mnie za ręce i popatrzyła w moje oczy z nadzieją.-Nie mogę tu być. Nie mogę mieszkać w pokoju, z tą pustką wokół siebie, jej pokojem tuż za ścianą i tymi wariatami na dole. Posłuchaj, chcę się stąd wynieść, nie chcę tu być...Pomóż mi, błagam pomóż mi się stąd wydostać....
Spojrzałem na jej opuchnięte załzawione oczy. Elsa nie chciałaby dopuścić siostry do takiego stanu. Chciała dla niej szczęścia. Ale wiedziałem, ze tutaj go nie osiągnie. Wiedziałem co muszę zrobić.
-Pomogę ci.
HEEEEEJ! ^^ Dziś tak trochę dużo Jack'a i muszę powiedzieć, że w najbliższym czasie tak to będzie wyglądało. Bowiem w życiu Elsy...ale to już w następnym rozdziale.
Kocham was <3
piątek, 8 lipca 2016
Rozdział XXV
Elsa
Leżałam w swoim pokoju na swoim łóżku. Uśmiechałam się sama do siebie. Wiedziałam, że już za kilka minut ma przyjść Jack. Przewróciłam się na bok i spojrzałam w okno. Stał tam. Osłonięty kapturem, mój Jack. Otworzyłam niemal natychmiastowo okno, a on wpił się zachłannie w moje usta. Odsłoniłam mu kaptur i wplotłam palce w jego cudowne włosy. Odsunęłam się od niego odrobinę i zaśmiałam się, na co on uśmiechnął się szeroko. Był tu. Mój Jack.
Chwilę potem leżeliśmy na łóżku. On obejmował mnie w tali tak, bym była jak najbliżej jego, a ja głaskałam go po twarzy. Mogłabym zostać w takiej pozycji przez całe życie. Przez wieczność. Ale on miał inne plany. Wstał z łóżka i podszedł do mojego biurka. Otworzył jedną z szuflad i wyjął z niej nóż. Miałam dwa pytania: Skąd wziął się tam nóż? i Po co mu on?. Jack wyszedł bezceremonialnie z pokoju. Wstałam mozolnie z łóżka i wyszłam z pokoju. Drzwi do pokoju Ani były otwarte, więc postanowiłam tam zajrzeć. Weszłam do pokoju i doznałam szoku. Na łóżku leżało bezwładnie ciało mojej siostry. Całe we krwi. Z okropnymi ranami na całym ciele. A obok niej stał uśmiechnięty Jack. Podbiegłam do niej jak najszybciej mogłam i przytuliłam jej wątłe, martwe ciało. Moja mała siostrzyczka...Załkałam żałośnie czując, jak jej krew spływa mnie między palcami. Spojrzałam w bok. Jack stał tam nadal uśmiechnięty. Zamachnął się, a ja poczułam, jak ostrze noża wbija się w moje plecy.
Zerwałam się gwałtownie. Ciało mojej małej siostrzyczki zniknęło z moich rąk. TO był tylko sen. Tylko przerażający koszmar. Starałam się unormować oddech. Po moich policzkach spływały łzy, które wysychały w zastraszającym tempie. Powietrze było suche, co wcale nie pozwalało mi oddychać wolniej. Rozejrzałam się dookoła. Chciałam dojrzeć, gdzie jestem. Na marne. Wszystko spowijała ciemność, która napawała mnie strachem. I wtedy go dojrzałam. To było niemożliwe, żeby widać go było w tej ciemności, ale on był jak najgorsza i najciemniejsza czerń na ziemi. Dumny i mroczny.
-Nareszcie się obudziłaś.-powiedział zbyt entuzjastycznie Mrok. Nie zamierzałam leżeć bezczynnie. Wstałam i od razu zaatakowałam jednak...nic się nie stało. Nie powstała ani jedna śnieżynka. Spróbowałam jeszcze raz i znów nie stało się nic. Spojrzałam na niego pytająco, a on zaczął się śmiać.-Działa!-krzyknął jakby sam do siebie, a potem podszedł bliżej mnie.-Słońce, widzisz, doskonale wiem jak działa twoja moc. A jaka jest najszybsza droga żeby zablokować twoją moc? Pozbawić wilgotności! I widzisz, pomieszczenie w którym jesteśmy jest stale jej pozbawiane. Pozostaje jej tu tylko tyle, by wystarczyć ci do życia.
-Po co tu jestem?-spytałam, bo nie miałam innego wyjścia.
-Chcę byś porzuciła tego dzieciaka.
-Kogo?
-Jack'a. Posłuchaj, on nie bawi się w długotrwałe związki. Pobawi się i rzuci. Nie chcę, żebyś cierpiała.
-Nie porzuci mnie, bo mnie kocha-syknęłam przez zaciśnięte zęby i ruszyłam do niego z pięściami. Niewiele mogłam mu tym zrobić, ale byłam tak zdesperowana, że nie myślałam logicznie.
-Rozczarowujące-powiedział jak gdyby nigdy nic i zniknął.
Przychodził tak każdego dnia. A przynajmniej tak mi się wydawało, że każdego, ponieważ nie mogłam liczyć czasu.
Prosił bym rzekła się uczuć do Jack'a. Mówił, ze bez niego, będzie mi lepiej. Będę szczęśliwsza.
Pokazywał mi straszne wizje. Wizje Jack'a i Ani razem. Wyśmiewających się ze mnie. Ale to były tylko jego wizje. Nie uwierzyłam w żadne jego słowo.
Dopóki nie ujrzałam na własne oczy.
Siedziałam jak zwykle w swojej celi. Nogi podkuliłam, objęłam je ramionami, a głowę umieściłam na kolanach. "Powinien zaraz przyjść"-pomyślałam. Ale nie nadchodził. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest. Przecież zawsze przychodził, by mnie gnębić. Ale zamiast niego w pomieszczeniu pojawiła się kobieta. Mroczna kobieta z pustymi oczami i ciemną, opadłą skórą. Obeszła mnie dookoła, stanęła z tyłu i objęła mnie. Poczułam nieprzyjemne "rwanie" na całej skórze, a już po chwili stałam przed Mrokiem, który zakładał mi kajdanki. Nie rozumiałam co się do cholery działo?! Wtedy Mrok odsłonił mi widok i ujrzałam go.
Stał tam, wyraźnie zmęczony. Jego skóra, nigdy nie była tak blada jak była w tamtym momencie. Oczy stały się matowe, pozbawione swojego radosnego blasku, napełnione smutkiem i złością.
Jack. Przyszedł by mnie uratować. Chciałam do niego podejść. Przytulić się do niego. Objąć i nigdy nie puszczać. A wtedy on się odezwał głosem pustym i beznamiętnym, chociaż zabarwionym złością.
-Jak mogłaś? Nie chce cię znać!-krzyknął i odleciał. Tak po prostu. Miał mnie na wyciągnięcie ręki i po prostu mnie zostawił. DO moich oczu napłynęły łzy.
-Och..-cmoknął Mrok stojący tuż obok mnie.-Mówiłem, ze tak będzie. Ale ty nie chciałaś mnie słuchać, słońce.
-NIE NAZYWAJ MNIE TAK!-wrzasnęłam.
-Dobrze. Już nigdy więcej tak do ciebie nie powiem.-rzekł z nutą szczęśliwości w głosie, a potem znów poczułam "rozrywanie" skóry, a po chwili byłam w swojej celi, gdzie zaniosłam się głośnym płaczem.
Jack
Nie ma jej już tydzień. Jej siostra w padła w histerie. W dzień wydaje się być normalna. Ale całymi nocami płacze. Czasami nie mogę sobie z nią poradzić. Uspokaja ją dopiero Kris. W jego ramionach uspokaja się niemal natychmiastowo.
Nie spałem po nocach. A kiedy udawało mi się zasnąć, ona mi się śniła. Budziłem się zalany łzami. Tęskniłem.Cholernie za nią tęskniłem. Miałem ochotę wyć z rozpaczy, kiedy nie było jej obok mnie.
Tułałem się po ulicach. Chciałem poczuć zimno. Chciałem jej dotknąć. Chciałem ją objąć. Chciałem by przy mnie była.
Wszedłem w jedną z ciemnych uliczek wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem. To był mój koniec.
-No witam...-odezwał się znienawidzony przeze mnie głos. Mrok.
-Nie powinieneś mi się pokazywać na oczy-syknąłem.-Za każdą krople wylanej krwi Elsy zapłacisz potrójnie.
-E-e-e-cmoknął.-Najpierw pokaże ci kogoś, a potem będziemy się rozliczać.-powiedział zbyt entuzjastycznie jak na niego. Spojrzałem na niego pytająco, a wtedy on odsunął się w lewo a moim oczom ukazała się...Elsa.
Poczułem, jak na moje płuca spada głaz. Nie mogłem oddychać, a serce waliło jak szalone. Przeleciałem po niej wzrokiem. Ujrzałem kajdany. Dwa ciężkie łańcuchy oplatające jej malutkie nadgarstki.
-Wypuść ją.-powiedziałem drżącym głosem.-Wypuść!
-Ależ oczywiście.-powiedział i zasłonił ją swoim ciałem, ściągając łańcuchy-Tylko wiesz, nie rozczaruj się za bardzo.
Kiedy tylko odszedł na bok, nie myślałem, ze to może być pułapka. Za bardzo byłem zajęty nieodpartym pragnieniem przyciągnięcia jej drobnego ciała do siebie. Podszedłem bliżej, a wtedy ona uniosła rękę bym się zatrzymał.
-Elsa...-wydusiłem, nie wiedząc co robi. Potarła swoje nadgarstki. Jej skóra wydawała się bledsza niż zwykle, a kpiący uśmiech nie schodził jej z twarzy.
-Oj, Jack'uś Jack'uś...-powiedziała przesłodzonym głosem.-Zakochałeś się we mnie?-powiedziała i poprawiła fryzurę. Jej oczy stały się zupełnie czarne.-Wiesz co? Ja chyba też cię kochałam przez chwilę. Ale Mrok otworzył mi oczy. Dał mi siłę. Siłę, którą ty zaprzepaszczałeś. Teraz mam nową siłę. Mam nowe życie.
Wpatrywałem się w nią otępiały. Co się działo do cholery?! Odeszła kawałek i znalazła się na ulicy, gdzie bawiły się jakieś dzieci. Zaśmiała się, ale to nie był ten śmiech, który pokochałem.
Podeszła do jednego z dzieci, które się tam bawiły. Kucnęła przed nim i złapała je za małą rączkę. Dziecko, a właściwie chłopczyk którego trzymała za rączkę, poszedł za nią, kiedy wstała i zaczęła kierować się an ulice. Z dala jechało auto, ale ona zdawała się tym nie przejmować. Uśmiechnęła się do chłopca po raz ostatni i zostawiła go na drodze. Nie próbkował uciekać. Po prostu tam stał i wpatrywał się w ślad za nią.
-I wiesz co?-spytała podchodząc do mnie.-Podoba mi się to życie.
Chwilę później usłyszałem pisk opon samochodu i zobaczyłem krew. Bezwładne ciało dziecka leżało zmasakrowane pod kołami auta. Ona...one je zabiła. Doprowadziła do jego śmierci!
Nie wiedziałem co wtedy czułem. Żal. Ból. Złość.Wściekłość.
-Dlatego nosi kajdany-odezwał się Mrok, który znów stanął tak, że zasłaniał mi Elsę i zaczął zakładać kajdany-Jest niegrzeczna.
Kiedy ją odsłonił, na jej twarzy nie było już śladu kpiącego uśmiechu. Widziałem w nich zaskoczenie. Ale byłem zbyt zamroczony, by wtedy to dostrzec. Zbyt bardzo oddałem się wściekłości.
-Jak mogłaś? Nie chce cię znać!-krzyknąłem i odleciałem pełen furii. Miałem ochotę zabić ją i siebie. Ją za to co zrobiła, a siebie, ze ją nie powstrzymałem.
Ale wtedy byłem głupi. Wtedy jeszcze nie rozumiałem...
Hejjj! Mamy kolejny rozdział, ostatni w tym tygodniu. Od razu zabieram się za kolejnym, a tym czasem..
Drama tajm, nie? Nie wiem czy dobrze opisałam tu co się właściwie stało, więc jak czegoś nie rozumiecie, to piszcie.
Kocham was ;*
Leżałam w swoim pokoju na swoim łóżku. Uśmiechałam się sama do siebie. Wiedziałam, że już za kilka minut ma przyjść Jack. Przewróciłam się na bok i spojrzałam w okno. Stał tam. Osłonięty kapturem, mój Jack. Otworzyłam niemal natychmiastowo okno, a on wpił się zachłannie w moje usta. Odsłoniłam mu kaptur i wplotłam palce w jego cudowne włosy. Odsunęłam się od niego odrobinę i zaśmiałam się, na co on uśmiechnął się szeroko. Był tu. Mój Jack.
Chwilę potem leżeliśmy na łóżku. On obejmował mnie w tali tak, bym była jak najbliżej jego, a ja głaskałam go po twarzy. Mogłabym zostać w takiej pozycji przez całe życie. Przez wieczność. Ale on miał inne plany. Wstał z łóżka i podszedł do mojego biurka. Otworzył jedną z szuflad i wyjął z niej nóż. Miałam dwa pytania: Skąd wziął się tam nóż? i Po co mu on?. Jack wyszedł bezceremonialnie z pokoju. Wstałam mozolnie z łóżka i wyszłam z pokoju. Drzwi do pokoju Ani były otwarte, więc postanowiłam tam zajrzeć. Weszłam do pokoju i doznałam szoku. Na łóżku leżało bezwładnie ciało mojej siostry. Całe we krwi. Z okropnymi ranami na całym ciele. A obok niej stał uśmiechnięty Jack. Podbiegłam do niej jak najszybciej mogłam i przytuliłam jej wątłe, martwe ciało. Moja mała siostrzyczka...Załkałam żałośnie czując, jak jej krew spływa mnie między palcami. Spojrzałam w bok. Jack stał tam nadal uśmiechnięty. Zamachnął się, a ja poczułam, jak ostrze noża wbija się w moje plecy.
Zerwałam się gwałtownie. Ciało mojej małej siostrzyczki zniknęło z moich rąk. TO był tylko sen. Tylko przerażający koszmar. Starałam się unormować oddech. Po moich policzkach spływały łzy, które wysychały w zastraszającym tempie. Powietrze było suche, co wcale nie pozwalało mi oddychać wolniej. Rozejrzałam się dookoła. Chciałam dojrzeć, gdzie jestem. Na marne. Wszystko spowijała ciemność, która napawała mnie strachem. I wtedy go dojrzałam. To było niemożliwe, żeby widać go było w tej ciemności, ale on był jak najgorsza i najciemniejsza czerń na ziemi. Dumny i mroczny.
-Nareszcie się obudziłaś.-powiedział zbyt entuzjastycznie Mrok. Nie zamierzałam leżeć bezczynnie. Wstałam i od razu zaatakowałam jednak...nic się nie stało. Nie powstała ani jedna śnieżynka. Spróbowałam jeszcze raz i znów nie stało się nic. Spojrzałam na niego pytająco, a on zaczął się śmiać.-Działa!-krzyknął jakby sam do siebie, a potem podszedł bliżej mnie.-Słońce, widzisz, doskonale wiem jak działa twoja moc. A jaka jest najszybsza droga żeby zablokować twoją moc? Pozbawić wilgotności! I widzisz, pomieszczenie w którym jesteśmy jest stale jej pozbawiane. Pozostaje jej tu tylko tyle, by wystarczyć ci do życia.
-Po co tu jestem?-spytałam, bo nie miałam innego wyjścia.
-Chcę byś porzuciła tego dzieciaka.
-Kogo?
-Jack'a. Posłuchaj, on nie bawi się w długotrwałe związki. Pobawi się i rzuci. Nie chcę, żebyś cierpiała.
-Nie porzuci mnie, bo mnie kocha-syknęłam przez zaciśnięte zęby i ruszyłam do niego z pięściami. Niewiele mogłam mu tym zrobić, ale byłam tak zdesperowana, że nie myślałam logicznie.
-Rozczarowujące-powiedział jak gdyby nigdy nic i zniknął.
Przychodził tak każdego dnia. A przynajmniej tak mi się wydawało, że każdego, ponieważ nie mogłam liczyć czasu.
Prosił bym rzekła się uczuć do Jack'a. Mówił, ze bez niego, będzie mi lepiej. Będę szczęśliwsza.
Pokazywał mi straszne wizje. Wizje Jack'a i Ani razem. Wyśmiewających się ze mnie. Ale to były tylko jego wizje. Nie uwierzyłam w żadne jego słowo.
Dopóki nie ujrzałam na własne oczy.
Siedziałam jak zwykle w swojej celi. Nogi podkuliłam, objęłam je ramionami, a głowę umieściłam na kolanach. "Powinien zaraz przyjść"-pomyślałam. Ale nie nadchodził. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest. Przecież zawsze przychodził, by mnie gnębić. Ale zamiast niego w pomieszczeniu pojawiła się kobieta. Mroczna kobieta z pustymi oczami i ciemną, opadłą skórą. Obeszła mnie dookoła, stanęła z tyłu i objęła mnie. Poczułam nieprzyjemne "rwanie" na całej skórze, a już po chwili stałam przed Mrokiem, który zakładał mi kajdanki. Nie rozumiałam co się do cholery działo?! Wtedy Mrok odsłonił mi widok i ujrzałam go.
Stał tam, wyraźnie zmęczony. Jego skóra, nigdy nie była tak blada jak była w tamtym momencie. Oczy stały się matowe, pozbawione swojego radosnego blasku, napełnione smutkiem i złością.
Jack. Przyszedł by mnie uratować. Chciałam do niego podejść. Przytulić się do niego. Objąć i nigdy nie puszczać. A wtedy on się odezwał głosem pustym i beznamiętnym, chociaż zabarwionym złością.
-Jak mogłaś? Nie chce cię znać!-krzyknął i odleciał. Tak po prostu. Miał mnie na wyciągnięcie ręki i po prostu mnie zostawił. DO moich oczu napłynęły łzy.
-Och..-cmoknął Mrok stojący tuż obok mnie.-Mówiłem, ze tak będzie. Ale ty nie chciałaś mnie słuchać, słońce.
-NIE NAZYWAJ MNIE TAK!-wrzasnęłam.
-Dobrze. Już nigdy więcej tak do ciebie nie powiem.-rzekł z nutą szczęśliwości w głosie, a potem znów poczułam "rozrywanie" skóry, a po chwili byłam w swojej celi, gdzie zaniosłam się głośnym płaczem.
Jack
Nie ma jej już tydzień. Jej siostra w padła w histerie. W dzień wydaje się być normalna. Ale całymi nocami płacze. Czasami nie mogę sobie z nią poradzić. Uspokaja ją dopiero Kris. W jego ramionach uspokaja się niemal natychmiastowo.
Nie spałem po nocach. A kiedy udawało mi się zasnąć, ona mi się śniła. Budziłem się zalany łzami. Tęskniłem.Cholernie za nią tęskniłem. Miałem ochotę wyć z rozpaczy, kiedy nie było jej obok mnie.
Tułałem się po ulicach. Chciałem poczuć zimno. Chciałem jej dotknąć. Chciałem ją objąć. Chciałem by przy mnie była.
Wszedłem w jedną z ciemnych uliczek wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem. To był mój koniec.
-No witam...-odezwał się znienawidzony przeze mnie głos. Mrok.
-Nie powinieneś mi się pokazywać na oczy-syknąłem.-Za każdą krople wylanej krwi Elsy zapłacisz potrójnie.
-E-e-e-cmoknął.-Najpierw pokaże ci kogoś, a potem będziemy się rozliczać.-powiedział zbyt entuzjastycznie jak na niego. Spojrzałem na niego pytająco, a wtedy on odsunął się w lewo a moim oczom ukazała się...Elsa.
Poczułem, jak na moje płuca spada głaz. Nie mogłem oddychać, a serce waliło jak szalone. Przeleciałem po niej wzrokiem. Ujrzałem kajdany. Dwa ciężkie łańcuchy oplatające jej malutkie nadgarstki.
-Wypuść ją.-powiedziałem drżącym głosem.-Wypuść!
-Ależ oczywiście.-powiedział i zasłonił ją swoim ciałem, ściągając łańcuchy-Tylko wiesz, nie rozczaruj się za bardzo.
Kiedy tylko odszedł na bok, nie myślałem, ze to może być pułapka. Za bardzo byłem zajęty nieodpartym pragnieniem przyciągnięcia jej drobnego ciała do siebie. Podszedłem bliżej, a wtedy ona uniosła rękę bym się zatrzymał.
-Elsa...-wydusiłem, nie wiedząc co robi. Potarła swoje nadgarstki. Jej skóra wydawała się bledsza niż zwykle, a kpiący uśmiech nie schodził jej z twarzy.
-Oj, Jack'uś Jack'uś...-powiedziała przesłodzonym głosem.-Zakochałeś się we mnie?-powiedziała i poprawiła fryzurę. Jej oczy stały się zupełnie czarne.-Wiesz co? Ja chyba też cię kochałam przez chwilę. Ale Mrok otworzył mi oczy. Dał mi siłę. Siłę, którą ty zaprzepaszczałeś. Teraz mam nową siłę. Mam nowe życie.
Wpatrywałem się w nią otępiały. Co się działo do cholery?! Odeszła kawałek i znalazła się na ulicy, gdzie bawiły się jakieś dzieci. Zaśmiała się, ale to nie był ten śmiech, który pokochałem.
Podeszła do jednego z dzieci, które się tam bawiły. Kucnęła przed nim i złapała je za małą rączkę. Dziecko, a właściwie chłopczyk którego trzymała za rączkę, poszedł za nią, kiedy wstała i zaczęła kierować się an ulice. Z dala jechało auto, ale ona zdawała się tym nie przejmować. Uśmiechnęła się do chłopca po raz ostatni i zostawiła go na drodze. Nie próbkował uciekać. Po prostu tam stał i wpatrywał się w ślad za nią.
-I wiesz co?-spytała podchodząc do mnie.-Podoba mi się to życie.
Chwilę później usłyszałem pisk opon samochodu i zobaczyłem krew. Bezwładne ciało dziecka leżało zmasakrowane pod kołami auta. Ona...one je zabiła. Doprowadziła do jego śmierci!
Nie wiedziałem co wtedy czułem. Żal. Ból. Złość.Wściekłość.
-Dlatego nosi kajdany-odezwał się Mrok, który znów stanął tak, że zasłaniał mi Elsę i zaczął zakładać kajdany-Jest niegrzeczna.
Kiedy ją odsłonił, na jej twarzy nie było już śladu kpiącego uśmiechu. Widziałem w nich zaskoczenie. Ale byłem zbyt zamroczony, by wtedy to dostrzec. Zbyt bardzo oddałem się wściekłości.
-Jak mogłaś? Nie chce cię znać!-krzyknąłem i odleciałem pełen furii. Miałem ochotę zabić ją i siebie. Ją za to co zrobiła, a siebie, ze ją nie powstrzymałem.
Ale wtedy byłem głupi. Wtedy jeszcze nie rozumiałem...
Hejjj! Mamy kolejny rozdział, ostatni w tym tygodniu. Od razu zabieram się za kolejnym, a tym czasem..
Drama tajm, nie? Nie wiem czy dobrze opisałam tu co się właściwie stało, więc jak czegoś nie rozumiecie, to piszcie.
Kocham was ;*
poniedziałek, 4 lipca 2016
Rozdział XXIV
Elsa
Jestem tu znowu. W tym okropnym miejscu. W miejscu, w którym na nowo czuje każdą kolejną ranę, które zamieniły się w blizny. Nie chce tu być. Chcę się stąd wydostać. Pragnę, by ktoś mnie uratował.
Ale najwyraźniej nie zostanę tu długo. Odkąd przenieśliśmy się tutaj Mrok pakował jakieś fiolki i inne dziwne rzeczy. Ja stałam tylko z boku i ocierałam powoli lecące łzy strachu.
Natomiast mój oprawca wydawał się wyjątkowo zadowolony. Cały czas uśmiechał się pod nosem co wyglądało co najmniej strasznie. Nagle do pomieszczenia wpadły dwie osoby. Ta dwójka, którą ostatnio widziałam. Ta dziewczyna i...i ten chłopak, który spoglądał teraz na mnie dziwniej. W jego oczach widziałam coś innego niż czyste obrzydzenie. Widziałam...współczucie?
-Co ona tu robi?-krzyknął chłopak.-Myślałem, że ci przeszło!
-Pakujcie się. Wyjeżdżamy.-powiedział beznamiętnie Mrok nie zaprzestając wykonywanej czynności.
-Zwariowałeś? Wpadasz tu tak po prostu i mówisz, że wyjeżdżamy?! I co ta laska tu robi?!
-Przestań pyskować Sedric! Powiedziałem wyjeżdżamy to wyjeżdżamy! Mam już dość tej dziury...
Chłopak parsknął tylko w odpowiedzi i wyszedł, a zaraz za nim podążyła za nim dziewczyna.
Dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie jestem bezbronna. Cała ta sytuacja wyprała ze mnie resztki zdrowego rozsądku, który dopiero teraz wrócił.
Pełna zdeterminowania wyciągnęłam ręce przed siebie i wystrzeliłam ku Mrokowi kilka odłamków lodu. Wydawało mi się, że kilka z nich wniknęło w jego postać, ale zdołał się obronić przed większością. Zaatakowałam ponownie, a on znów się obronił.
-Och, teraz sobie przypomniałaś?!-krzyknął zirytowany.-Trzeba było cię uśpić na początku.
Wyciągnął strzykawkę z jakimś płynem w środku i zaczął do mnie podchodzić. Atakowałam coraz bardziej zawzięcie, a on za każdym razem bronił się i był coraz bliżej. Kiedy był ode mnie oddalony o niecały metr poczułam ukłucie w karku. Spojrzałam na niego z pogardą i osunęłam się na podłogę. Ogarnęła mnie ciemność.
Jack
W poniedziałek rano zjawiłem się pod domem Elsy. Tak bardzo się za nią stęskniłem, że chciałbym polecieć do niej od razu, ale miała zamknięte okno, więc musiałem wejść tradycyjnie. W środku zżerało mnie z podekscytowania, kiedy drzwi się otworzyły a w nich stanęła uśmiechnięta Ania.
-Cześć, ja do Elsy-powiedziałem szybko i wszedłem do środka.
-Przecież wiem!-pisnęła radośnie.-Jeszcze nie wstała. Idź ją obudź.
Uśmiechnąłem się szeroko i od razu popędziłem do jej pokoju. Nie trudziłem się, żeby zapukać. Wszedłem najciszej jak się dało. Ku mojemu niezadowoleniu dziewczyny nie było na łóżku. Było ono praktycznie nietknięte, więc musiała wyjść z domu wcześnie rano.
-Ania...?-zawołałem dziewczynę, chcąc dopytać gdzie może być.
-Tak?-spytała wchodząc.-Gdzie Elsa?
-Właśnie miałem spytać cię o to samo.-podszedłem do biurka i odkryłem, że leży na nim telefon. Ona NIGDY nie wychodziła z domu bez telefonu. To było dziwne...
-Może poszła wcześniej do teatru...-głośno myślała siostra mojej ukochanej.
-Może...-powiedziałem.-Pójdę jej poszukać. Pa!
Wybiegłem szybko z domu i popędziłem do teatru. Jednak okazało się, że zajęcia nawet się nie zaczęły, a jej nie było. Powoli zaczynałem panikować. Spokojnie, Jack. Na pewno zapomniała telefonu bo...poszła do parku...albo do szkoły. Słowem mogła być wszędzie.
Szukałem jej przez większość dnia. Nie pojawiła się w teatrze. Nie było jej w szkole. Elsa nie opuszcza szkoły.
Siedziałem na dachu najwyższego budynku, na którym podarowaliśmy sobie z Elsą naszyjniki. Wyjąłem go spod bluzy i potarłem kciukiem.
Elsa zniknęła.
Gdyby uciekła, zostawiła by coś po sobie. List, nasz naszyjnik, wiadomość....Tymczasem ona nie zostawiła nic. Nie poszła nawet spać, bo łóżko nie było nawet rozścielane. Nie spakowała ubrań, bo walizka, którą zawsze zabierała stała w kącie.
I właśnie wtedy zdałem sobie z czegoś sprawę. Elsa...została porwana.
Hejjj! Dziś tak krótko, ale musiałam napisać coś takiego, bo ta mała wstawka nie pasowałaby ani do tamtego rozdziału, ani do kolejnego. Stąd normalny rozdział. Chciałabym was jeszcze postawić przed jedna sprawą. Zabieram się od razu za kolejny rozdział. Na pewno nie będzie go dziś, jeden dziennie wystarczy, ale nie wiem kiedy się pojawi. Jutro jadę do lekarza na zabieg, który sprawi, ze najprawdopodobniej moje palce nie będą tak sprawne jak są teraz. Dlatego będę pisała wolniej. Dlatego rozdział może opóźnić się o kilka dni, ale będę pisała dalej.
Dziękuję wam bardzo za poprzednie komentarze, uradowały moje małe serduszko.
Dzięki wielkie za każde słowo ;*
Jestem tu znowu. W tym okropnym miejscu. W miejscu, w którym na nowo czuje każdą kolejną ranę, które zamieniły się w blizny. Nie chce tu być. Chcę się stąd wydostać. Pragnę, by ktoś mnie uratował.
Ale najwyraźniej nie zostanę tu długo. Odkąd przenieśliśmy się tutaj Mrok pakował jakieś fiolki i inne dziwne rzeczy. Ja stałam tylko z boku i ocierałam powoli lecące łzy strachu.
Natomiast mój oprawca wydawał się wyjątkowo zadowolony. Cały czas uśmiechał się pod nosem co wyglądało co najmniej strasznie. Nagle do pomieszczenia wpadły dwie osoby. Ta dwójka, którą ostatnio widziałam. Ta dziewczyna i...i ten chłopak, który spoglądał teraz na mnie dziwniej. W jego oczach widziałam coś innego niż czyste obrzydzenie. Widziałam...współczucie?
-Co ona tu robi?-krzyknął chłopak.-Myślałem, że ci przeszło!
-Pakujcie się. Wyjeżdżamy.-powiedział beznamiętnie Mrok nie zaprzestając wykonywanej czynności.
-Zwariowałeś? Wpadasz tu tak po prostu i mówisz, że wyjeżdżamy?! I co ta laska tu robi?!
-Przestań pyskować Sedric! Powiedziałem wyjeżdżamy to wyjeżdżamy! Mam już dość tej dziury...
Chłopak parsknął tylko w odpowiedzi i wyszedł, a zaraz za nim podążyła za nim dziewczyna.
Dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie jestem bezbronna. Cała ta sytuacja wyprała ze mnie resztki zdrowego rozsądku, który dopiero teraz wrócił.
Pełna zdeterminowania wyciągnęłam ręce przed siebie i wystrzeliłam ku Mrokowi kilka odłamków lodu. Wydawało mi się, że kilka z nich wniknęło w jego postać, ale zdołał się obronić przed większością. Zaatakowałam ponownie, a on znów się obronił.
-Och, teraz sobie przypomniałaś?!-krzyknął zirytowany.-Trzeba było cię uśpić na początku.
Wyciągnął strzykawkę z jakimś płynem w środku i zaczął do mnie podchodzić. Atakowałam coraz bardziej zawzięcie, a on za każdym razem bronił się i był coraz bliżej. Kiedy był ode mnie oddalony o niecały metr poczułam ukłucie w karku. Spojrzałam na niego z pogardą i osunęłam się na podłogę. Ogarnęła mnie ciemność.
Jack
W poniedziałek rano zjawiłem się pod domem Elsy. Tak bardzo się za nią stęskniłem, że chciałbym polecieć do niej od razu, ale miała zamknięte okno, więc musiałem wejść tradycyjnie. W środku zżerało mnie z podekscytowania, kiedy drzwi się otworzyły a w nich stanęła uśmiechnięta Ania.
-Cześć, ja do Elsy-powiedziałem szybko i wszedłem do środka.
-Przecież wiem!-pisnęła radośnie.-Jeszcze nie wstała. Idź ją obudź.
Uśmiechnąłem się szeroko i od razu popędziłem do jej pokoju. Nie trudziłem się, żeby zapukać. Wszedłem najciszej jak się dało. Ku mojemu niezadowoleniu dziewczyny nie było na łóżku. Było ono praktycznie nietknięte, więc musiała wyjść z domu wcześnie rano.
-Ania...?-zawołałem dziewczynę, chcąc dopytać gdzie może być.
-Tak?-spytała wchodząc.-Gdzie Elsa?
-Właśnie miałem spytać cię o to samo.-podszedłem do biurka i odkryłem, że leży na nim telefon. Ona NIGDY nie wychodziła z domu bez telefonu. To było dziwne...
-Może poszła wcześniej do teatru...-głośno myślała siostra mojej ukochanej.
-Może...-powiedziałem.-Pójdę jej poszukać. Pa!
Wybiegłem szybko z domu i popędziłem do teatru. Jednak okazało się, że zajęcia nawet się nie zaczęły, a jej nie było. Powoli zaczynałem panikować. Spokojnie, Jack. Na pewno zapomniała telefonu bo...poszła do parku...albo do szkoły. Słowem mogła być wszędzie.
Szukałem jej przez większość dnia. Nie pojawiła się w teatrze. Nie było jej w szkole. Elsa nie opuszcza szkoły.
Siedziałem na dachu najwyższego budynku, na którym podarowaliśmy sobie z Elsą naszyjniki. Wyjąłem go spod bluzy i potarłem kciukiem.
Elsa zniknęła.
Gdyby uciekła, zostawiła by coś po sobie. List, nasz naszyjnik, wiadomość....Tymczasem ona nie zostawiła nic. Nie poszła nawet spać, bo łóżko nie było nawet rozścielane. Nie spakowała ubrań, bo walizka, którą zawsze zabierała stała w kącie.
I właśnie wtedy zdałem sobie z czegoś sprawę. Elsa...została porwana.
Hejjj! Dziś tak krótko, ale musiałam napisać coś takiego, bo ta mała wstawka nie pasowałaby ani do tamtego rozdziału, ani do kolejnego. Stąd normalny rozdział. Chciałabym was jeszcze postawić przed jedna sprawą. Zabieram się od razu za kolejny rozdział. Na pewno nie będzie go dziś, jeden dziennie wystarczy, ale nie wiem kiedy się pojawi. Jutro jadę do lekarza na zabieg, który sprawi, ze najprawdopodobniej moje palce nie będą tak sprawne jak są teraz. Dlatego będę pisała wolniej. Dlatego rozdział może opóźnić się o kilka dni, ale będę pisała dalej.
Dziękuję wam bardzo za poprzednie komentarze, uradowały moje małe serduszko.
Dzięki wielkie za każde słowo ;*
Subskrybuj:
Posty (Atom)

