niedziela, 6 listopada 2016

Rozdział XLIII

Elsa
-Czyli mam rozumieć, że ty i Jack, jesteście jakimiś ponad-ludźmi, ale nie możecie mi opowiedzieć o szczegółach, bo inaczej jakiś super ważny gostek was unicestwi?-spytała Ania, kiedy opowiedzieliśmy jej tyle ile mogliśmy. Postanowiliśmy nie mówić jej wszystkiego-nie wiadomo, jakie miało by to skutki.
-Dokładnie.-zakończył Jack.
Zaśmiała się bez cienia wesołości.
-Najpierw znikacie. Potem nagle pojawia się Jack, który nagle oznajmia że straciliście dziecko. Kiedy mieliście na to czas?! Gdyby ona nie umarła, pewnie nigdy bym was już nie zobaczyła.-moja siostra wstała gwałtownie. Na jej twarzy widniało zranienie, którego tak bardzo pragnęłam uniknąć.-A teraz opowiadacie jakieś zmyślone historyjki.
-Ania, to nie są zmyślone historyjki. One są prawdą. Nie możemy...-chciałam załagodzić jej złość, ale mi przerwała.
-Nie, przestań. Po prostu przestań. Nie chcecie mi powiedzieć prawdy. Nie jestem już dzieckiem. Jestem już żoną, a za niedługo matką!
Spojrzałam na nią. Była w ciąży. Ona mogła mieć dziecko, a ja je straciłam. Poczułam jak po moich policzkach spływały łzy.
-Elsa, ja nie chciałam...-zakryła dłonią usta.
-Myślę, że powinnaś wracać.-powiedział twardo Jack, stając za mną i kładąc mi ręce na moich ramionach.
Prychnęła.
-Dobrze. Ale nie proście mnie o nic więcej. Czas słodkiej Ani się skończył. Jestem już dorosła i nie dam sobie wmówić opowieści wyssanych z palca. Wróćcie jak wymyślicie coś bardziej wiarygodnego. Albo jak zdecydujecie się powiedzieć prawdę.-rzuciła na do widzenia i wyszła.
Nie mogłam już wytrzymać, popędziłam do toalety pochylając się i wypluwając wnętrzności. Powstrzymywałam się już za długo. Zwymiotowałam wszystko, co dziś zjadłam. Ale nie tylko tego chciałam się pozbyć. Chciałam pozbyć się okropnego uczucia zazdrości, które mnie dławiło.
Byłam gorsza.
Byłam gorsza, bo nie mogłam mieć dziecka.
Byłam gorsza, bo ona mogła mieć dziecko, a ja nie.
Dlaczego taka byłam? Dlaczego?
To pytanie tkwiło we mnie głęboko i pewnie męczyłoby mnie dalej, gdyby nie to, że poczułam ochładzające palce na karku. Rozluźniło mnie to i w końcu przestałam wydalać z siebie resztki, oparłam się o ścianę i płakałam.
-To wszystko moja wina...To wszystko przeze mnie...Jestem wybrakowana...ZŁAMANA...-bełkotałam.
-Kochanie, o czym ty mówisz?-zapytał Jack klękając przede mną.
-Nasze dziecko...To jest moja wina. Gdybym się zgodziła, nic by jej się nie stało...
-Na co byś się nie zgodziła? Elsa, słońce, powiedz mi co się stało?
Zamknęłam oczy. Musiałam mu powiedzieć, ale nie chciałam na niego patrzyć. Nie zniosłabym widoku zranienia po raz drugi tamtego dnia.
-Zanim...-zaczęłam, po czym przełknęłam ślinę, czując okropną suchość w gardle.-Zanim poroniłam był u mnie Mrok.
-Co do cholery robił u ciebie Mrok?! Bo chyba nie przyszedł na kawkę!
Wzdrygnęłam się na jego ostry ton.
-Daj mi dokończyć.
-Oczywiście kochanie, przepraszam.
-Był tu i...powiedział, że jeśli z nim nie pójdę, dziecko umrze w ciągu trzech kolejnych z nich. Nakrzyczałam na niego i kazałam mu iść, bo nie chciałam do niego wracać. Boże, byłam taka samolubna! Gdybym poszła nasza maleńka córka by żyła!
-Nie...Nie mów tak. To nie jest twoja wina.-W jego głosie słychać było, jakby wstrzymywał się przed wybuchem.-Kochanie spójrz na mnie.
Złapał moją twarz w dłonie, pocierając kciukami moje policzki. Chcąc-nie chcąc, otworzyłam oczy.
-To nigdy nie będzie twoja wina rozumiesz? To wina tego skurw...idioty. I...moja.
-Twoja? Nie, Jack...
-Tak. Posłuchaj, kiedy dotarliśmy do szpitala...Było z tobą bardzo źle. Lekarze powiedzieli, że mogą ocalić albo matkę, albo dziecko. Posłuchaj, nie przetrwał bym bez ciebie. Jesteś moim życiem. Moim słońcem. Wybrałem ciebie i...skazałem naszą córeczkę. Przepraszam, ale...wiem, jestem samolubny, ale nie mógłbym sobie wyobrazić, że ty...jesteś martwa. Wtedy ja też bym umarł.
Przez chwilę docierały do mnie jego słowa. Najwyraźniej cały świat był przeciwko nam. Najwyraźniej, chodź ciężko było to zrozumieć, nasze dziecko musiało umrzeć.
-Jack..-zapłakałam rzucając się na niego.-Dlaczego nie może być dobrze? Dlaczego nie możemy być szczęśliwi?
-Kochanie-pocałował mnie w czoło i głaskał po głowie-Będzie dobrze. Obiecuję, wszystko się ułoży. Tylko musisz mi zaufać. Zaufać, że to przetrwamy. RAZEM.
Jack
Nie spodziewałam się, że zobaczę ten widok tak szybko. Moja ukochana siedziała obok mnie i jadła makaron, który ugotowałem. Wcześniej musiałem wciskać w nią jakiekolwiek jedzenie. Ale widząc jak je rozmawiając ze swoją siostrą wyglądała na zadowoloną i niemal szczęśliwą.
Nie powiedzieliśmy Annie całej prawdy. Mnie obowiązywała tajemnica, a Elsa nie chciała nas zdradzić. Powiedzieliśmy tyle, ile mogliśmy i oczekiwaliśmy, że ruda to zrozumie.
-Czyli mam rozumieć, że ty i Jack, jesteście jakimiś ponad-ludźmi, ale nie możecie mi opowiedzieć o szczegółach, bo inaczej jakiś super ważny gostek was unicestwi?-chciała się upewnić.
-Dokładnie.-potwierdziłem. W odpowiedzi usłyszałem śmiech bez emocji.
-Najpierw znikacie. Potem nagle pojawia się Jack, który nagle oznajmia że straciliście dziecko. Kiedy mieliście na to czas?! Gdyby ona nie umarła, pewnie nigdy bym was już nie zobaczyła. A teraz opowiadacie jakieś zmyślone historyjki.
-Ania, to nie są zmyślone historyjki. One są prawdą. Nie możemy...-zaczęła Elsa, a ja byłem gotów jej przytaknąć, cokolwiek by nie powiedziała.
-Nie, przestań. Po prostu przestań. Nie chcecie mi powiedzieć prawdy. Nie jestem już dzieckiem. Jestem już żoną, a za niedługo matką!
Nie wierzyłem że to powiedziała. Ona chyba też, bo natychmiast zakryła usta rękami
-Elsa, ja nie chciałam...
-Myślę, że powinnaś wracać.-powiedziałem widząc jak moja ukochana zaczyna drżeć. Stanąłem za nią i położyłem dłonie na jej ramionach w geście uspokojenia.
Tymczasem postawa jej siostry nagle się zmieniła. Prychnęła niezadowolona, jakby przed chwilą wcale nie uraziła swojej siostry, a to ją urażono.
-Dobrze. Ale nie proście mnie o nic więcej. Czas słodkiej Ani się skończył. Jestem już dorosła i nie dam sobie wmówić opowieści wyssanych z palca. Wróćcie jak wymyślicie coś bardziej wiarygodnego. Albo jak zdecydujecie się powiedzieć prawdę.-powiedziała i wyszła.
Nagle zacząłem żałować, że ją tu przyprowadziłem. Miała pomóc, tymczasem sprawiła, że miałem ochotę nagadać jej do słuchu. Faktycznie wydoroślała. I stała się też wredniejsza...
Moje rozmyślania przerwała Elsa, która biegła do łazienki, a chwilę potem usłyszałem,  jak wymiotuje.
Nie, to nie mogło się dziać. Było już tak dobrze...
Wbiegłem do łazienki i ujrzałem ją pochylającą się nad muszlą klozetową zwracającą wszystko to co zjadła. Po jej bladych policzkach spływały łzy. Położyłem dłonie na jej karku masując je w celu rozluźnienia.
W pewnym momencie oparła się o ścianę i zaczęła szlochać.
-To wszystko moja wina...To wszystko przeze mnie...Jestem wybrakowana...ZŁAMANA...-mówiła, a ja nie rozumiałem, o co jej tak właściwie chodzi.
-Kochanie, o czym ty mówisz?-zapytałem, klękając przed nią.
-Nasze dziecko...To jest moja wina. Gdybym się zgodziła, nic by jej się nie stało...
-Na co byś się nie zgodziła? Elsa, słońce, powiedz mi co się stało?-nadal nic nie rozumiałem. Bałem się, że mogła stracić zmysły. Zamknęła oczy.
-Zanim...-zaczęła, ale po chwili przerwała by przełknąć ślinę.-Zanim poroniłam był u mnie Mrok.
Poczułem jak moje mięśnie się napinają.
-Co do cholery robił u ciebie Mrok?! Bo chyba nie przyszedł na kawkę!
Widząc jak się wzdrygnęła starałem się uspokoić. Niestety myśl, że przywlókł tu swoją dupę, by dręczyć moją narzeczoną sprawiała, że ciężko było się opanować.
-Daj mi dokończyć.-powiedziała cicho, a ja odetchnąłem. Nie chciałem jej przestraszyć.
-Oczywiście kochanie, przepraszam.
-Był tu i...powiedział, że jeśli z nim nie pójdę, dziecko umrze w ciągu trzech kolejnych z nich. Nakrzyczałam na niego i kazałam mu iść, bo nie chciałam do niego wracać. Boże, byłam taka samolubna! Gdybym poszła nasza maleńka córka by zyła!
Nie  mogłem uwierzyć, że wymyślała takie niedorzeczności. Nie wiedziała, że to ja skazałem naszą córeczkę, a Mrok nie miał tu wkładu. Chciał ją przestraszyć. I najwyraźniej mu się udało.
-Nie...Nie mów tak. To nie jest twoja wina. Kochanie spójrz na mnie.
Złapałem jej  twarz chcąc przekonać ją, by otworzyła oczy, co po chwili  zrobiła.
-To nigdy nie będzie twoja wina rozumiesz? To wina tego skurw...idioty. I...moja.
-Twoja? Nie, Jack...
-Tak. Posłuchaj, kiedy dotarliśmy do szpitala...Było z tobą bardzo źle. Lekarze powiedzieli, że mogą ocalić albo matkę, albo dziecko. Posłuchaj, nie przetrwał bym bez ciebie. Jesteś moim życiem. Moim słońcem. Wybrałem ciebie i...skazałem naszą córeczkę. Przepraszam, ale...wiem, jestem samolubny, ale nie mógłbym sobie wyobrazić, że ty...jesteś martwa. Wtedy ja też bym umarł.
Siedziała przez chwilę wpatrując się we mnie niepewnie. Po chwili jej wzrok zmiękł, a na twarz wypłynął grymas bólu.
-Jack-przytuliła się do mnie, a ja odwzajemniłem uścisk. Tak cudownie było ją czuć przy sobie.-Dlaczego nie może być dobrze? Dlaczego nie możemy być szczęśliwi?
-Kochanie...Będzie dobrze. Obiecuję, wszystko się ułoży. Tylko musisz mi zaufać. Zaufać, że to przetrwamy. RAZEM.

Heeeej! No, także mamy taki słodko-kwaśny rozdzialik. Taa...już była Ania i znowu jej nie będzie. Wiem, jestem strasznym zUolem >:D
Dodatkowo powiem wam, że jak wszystko dobrze pójdzie (i jak weny nie stracę, oczywiście) to jeszcze w tym miesiącu dojdziemy do epilogu. I w sumie to byłby koniec, ale mam dla was jeszcze niespodziankę, w postaci bonusowych rozdziałów, które będą odpowiadały na takie pytania jak: Co robiła Anka przez ten cały czas, kiedy Elsa i Jack zniknęli? Co by było, gdyby Jack ocalił dziecko, a nie matkę? i wiele innych, których nie mogę wam zdradzić, bo zaspojleruje wam koniec :P Także jeżeli byście byli zainteresowani takimi bonusikami, to możecie mi o tym napisać, albo...napisać. Ewentualnie...napisać xD Nie no dobra, teraz śmieszkuję. Ale serio, napiszcie mi, co o tym sądzicie xD
Pozdrawiam ;*

wtorek, 1 listopada 2016

Rozdział XLII

Dla wszystkich, którzy zadawali pytanie: Gdzie Anka? ;* ;* ;*

Elsa
Nigdy już nie wyjdę do szpitala.
Tamto miejsce przypominało mi o tym co straciłam.
Nienawidziłam swojego ciała. Nie potrafiło utrzymać mojej córeczki. Ja nie potrafiłam tego zrobić.
Próbowałam się zabić. Tylko raz, bo potem nie miałam już okazji. Robiłam to półświadomie. Wzięłam zbyt dużo tabletek, chcąc uśmierzyć swój ból. Gdzieś "z tyłu głowy" miałam świadomość, że mogę na tym ucierpieć, ale byłam tak pogrążona w smutku, że nie docierało do mnie nawet to, czy jest dzień, czy noc. Odratował mnie lekarz.
A potem zaczęła pojawiać się pani psycholog. Zadawała tak idiotyczne i bezsensowne pytania, na które odpowiadałam. Kiedyś ja jej zadałam pytanie.
-Straciła pani dziecko?
Nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na mnie gładząc po ręce. Jej dotyk mnie zabijał.
-Nie.-odpowiedziała półszeptem.
-Więc niech pani nigdy więcej do mnie nie przychodzi.
Nie chciałam psychologa. Chciałam poradzić sobie z tym sama-bo tylko ja wiedziałam, jak bardzo to boli. Ja i Jack.
Nie rozmawialiśmy sobą jak dawniej. Przychodził do mnie, łapał mnie za rękę, całował w knykcie i siedział ze mną do końca czasu odwiedzin. Nie pytał jak się czuję. Po prostu pozwalał mi to wszytko przemilczeć. A ja mu za to dziękowałam.
Któregoś dnia przyszedł i powiedział, ze wracam do domu. Ucieszyłam się na tyle, na ile potrafiłam.
Wychodząc ze szpitala nie pożegnałam się z nikim. Nawet z moją lekarką prowadzącą. Nie podziękowałam pielęgniarką za dobrą opiekę. Nie mogłam dziękować za coś, co straciłam.
Kiedy weszłam do domu i poczułam jego zapach rozpłakałam się z ulgi. Już zapomniałam, jak  tu było. Ale w końcu tu byłam i od razu ruszyłam na górę.  Nie do sypialni.
Kiedy dotarłam do drzwi pokoju ręce trzęsły mi się tak bardzo, że natychmiast opuściłam torebkę którą trzymałam w dłoniach. Nie wiedziałam z czego dokładnie, czy z ogarniających mnie emocji, czy raczej z tego, że nie byłam do końca wyleczona i wejście po schodach było dla mnie wysiłkiem.
Dotknęłam klamki drżącą dłonią i nacisnęłam. Zamknięte. Spróbowałam jeszcze raz i zdałam sobie sprawę, że Jack musiał zamknąć ten pokój. Ale musiałam się tam dostać. Właśnie teraz.
Odwróciłam się i spostrzegłam chłopaka, który wpatrywał się we mnie niepewnie.
-Daj mi klucz-powiedziałam, zupełnie nie rozpoznając swojego głosu.
-Elsa, nie sądzę, że to dobry pomysł...
-Jack, proszę.-spojrzałam na niego błagalnie.-Im szybciej się z tym uporam, tym szybciej się z tym pogodzę. Proszę, daj mi klucz. Wpuść mnie tam.
Spuścił głowę bezsilnie i podał mi klucz. Wsunęłam go w dziurkę i przekręciłam metalowy przedmiot, a potem weszłam do środka.
Przywitał mnie widok kołyski. Kłóciliśmy się z Jack'iem, czy wybrać je, czy zdecydować się na łóżeczko.  W końcu wygrałam. Przesunęłam palcami po zimnym drewnie i poczułam łzy na policzkach. Do tej pory płakałam przez cały czas, kiedy nie podawano mi leków uspokajających. A chciałam płakać, bo to mnie oczyszczało. Straciłam dziecko, do cholery! Jak oni mogli podawać mi tabletki, bym trzymała w sobie emocje. A ja chciałam krzyczeć. Chciałam płakać. Chciałam ich wszystkich zabić za każde słowo.
Na półkach leżały pluszaki i niewielkie buciki, które dostaliśmy w prezencie od Sophie, gdy tylko dowiedziała się o mojej ciąży. Była taka szczęśliwa, oznajmiła, że chce zostać chrzestną bez gadania.
A dzieci z ośrodka? Kiedy pewnego dnia przyszłam do nich z brzuszkiem wydawały się być zaintrygowane maleńkim życiem wewnątrz mnie. Głaskały mnie po brzuszku i przytulały je mówiąc, że to będzie ich mały dzidziuś.
Wszystkich zawiodłam. Jacka, bo nie potrafiłam dać mu dziecka, na które tak się cieszył. Sophie, bo nie obdarowałam ją chrześnica, którą mogłaby rozpieszczać. Dzieciaki, bo są zbyt małe by zrozumiały, że jestem beznadziejna i nie będzie dzidziusia. Siebie, bo zajście w ciąże było dla mnie jak cud, a cuda nie zdarzają się dwa razy.
Nie wiedziałam, w którym momencie upadłam, ale kiedy poczułam ramiona Jack'a oplatające mnie i kołyszące delikatnie, wróciłam do rzeczywistości i usłyszałam swój żałosny szloch.
-Nie potrafiłam, Jack-plotłam.-Nie potrafiłam jej ochronić. Nie potrafiłam...
-Ci...cichutko skarbie-powtarzał Jack głaszcząc i całując w głowę.
W końcu mogłam się wypłakać bez wścibskich lekarzy, którzy gdy tylko słyszeli, ze płaczę, podawali mi środki uspokajające. Tu mogłam płakać, wrzeszczeć i nikt mi nie zabraniał. Jack jedynie BYŁ i płakał razem ze mną. Dzieliłam z nim ból i pierwszy raz w życiu jego obecność była mi bardziej potrzebna niż kiedykolwiek.
  Spędziłam w tym pokoju większość swojego czasu. Przychodziłam tam zawsze o poranku, zasypiałam w nim, a Jack przenosił mnie na czas nocy do sypialni. W końcu jednak pozwolił spać mi tam, gdzie miało spać nasze dzieciątko.
Nie mówiłam, bo nie było słów, które chciałam powiedzieć.
Nie jadłam, bo nie miałam już dla kogo jeść.
Nie piłam, bo nie chciałam płakać.
Żyłam jakby pod wodą. Nie docierały do mnie dźwięki, chodź słyszałam ich zarysy. Widok był wiecznie zamazany, a ja czułam się otępiała.
Dopiero któregoś dnia poczułam czyjś dotyk na udzie. Opuściłam wzrok i zobaczyłam oczy Jack'a. Przedstawiały jakiś rodzaj strachu, ale nie wiedziałam, o co może chodzić. Przechyliłam pytająco głowę.
-Masz gościa, słońce.-powiedział a ja zadrżałam. Tak dawno nie mówił do mnie "słońce", że zapomniałam, jakie to cudowne uczucie. Nie pytałam kto to, bo spodziewałam się jakiegoś lekarza. Kiedy dostawałam wypis, lekarka mówiła coś o wizytach domowych, ale ja byłam zbyt zajęta chęcią ucieczki z tamtego miejsca, ze w ogóle jej nie słuchałam. Skinęłam głową i znów spojrzałam przez okno miętoląc w dłoniach koronkę od bucików. Uspokajało mnie to. Robiłam tak, gdy jeszcze byłam w ciąży. Zastanawiałam się...
Przed moimi oczami pojawiła mi się jej twarz. Zmieniła się. Wydoroślała, ale nadal widziałam w nią moją siostrę.
-Ania.-powiedziałam, wypowiadając pierwsze słowo od dawna.
Stała wpatrując się we mnie, jakbym nie była prawdziwa. Wstałam, ale nie mając sił, musiałam przytrzymać się ściany. Podeszła bliżej, a ja oczekiwałam, ze nie przytuli. A wtedy ona uniosła dłoń i z całej siły uderzyła mnie z otwartej ręki.
-Przepraszam, przepraszam, ale...musiałam, po prostu musiałam. Wiem, wiem, to głupie, ale nie mogłam się powstrzymać. Bardzo cię boli? Przynieść ci lód? A może zawołać Jack'a? Może chcesz usiąść? Albo...-mówiła jak najęta, a ja zaczęłam się śmiać. Po prostu śmiać, jakby właśnie nie dała mi z liścia, a opowiedziała śmieszny dowcip. W końcu musiałam usiąść, bo zaczynałam ciężko dyszeć.
Kiedy w końcu skończyłam popatrzyłam na nią zagryzając wargę, by się nie rozpłakać.
-Tęskniłam.-powiedziałam, a wtedy ona wpadła w moje ramiona.
Nie pamiętam, ile tak siedziałyśmy, ale doskonale pamiętam, że obie płakałyśmy.
W pewnym momencie podniosła swój wzrok i dotknęła mnie po twarzy, jakby upewniając się o mojej prawdziwości. Potem jej wzrok zjechał w dół i dotknęła mojego brzucha.
Dotyk tego miejsca nawet w przypadku Jack'a sprawiał, że było mi niedobrze. Ale dotyk mojej siostry sprawił, że poczułam się spokojna.
-To miała być dziewczynka, prawda?-spytała szeptem. W tamtym momencie przypominała mi czasy dzieciństwa, kiedy to pod kołdrą szeptała mi sekrety. Kiwnęłam głową i spuściłam wzrok. Miała zostać ciocią. Kolejna osoba, którą zawiodłam.
-Przepraszam, że...-zaczęłam, ale ona położyła mi dłoń na usta.
-Nie masz za co przepraszać. To nie była twoja wina, Elsa. Najważniejsze jest, żebyś ty wyzdrowiała i żebyś miała kolejne dziecko.
W tamtej chwili, pomyślałam, że się przesłyszałam. Ale jej twarda mina przekonywała mnie, że nie uroiłam sobie tego.
-Ania...to był cud, że zaszłam w ciążę. Przypadek jeden na milion. Nie zdarzy się po raz kolejny...
-Skąd wiesz? Skąd wiesz, że się nie zdarzy. Posłuchaj, jesteś cudowną, ZDROWĄ kobietą. Na pewno jest jakieś wyjście. Skoro raz zaszłaś w ciążę, może zdarzy się to po raz kolejny...
-Wątpię. Poza tym... kocham Jack'a i...nie zwiążę się z kimś innym.
-Dlaczego miałabyś to robić?
-On...Nie zdołałam urodzić mu córki, której tak oczekiwał. Jak może na mnie patrzyć, skoro ją zabiłam...
-Zamknij się, durniu. Nawet nie wiesz, jak bardzo on cię kocha. Kiedy po mnie przyjechał dosłownie szalał z rozpaczy, że jesteś smutna. Pojechałam z nim nie tylko dla ciebie, ale dola niego. Bo nie mogłam patrzeć, jak tęskni za tobą.
Nastała chwila ciszy. Potrzebowałam sobie wszystko przemyśleć, a Anna doskonale to rozumiała.
Jack nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo wdzięczna mu jestem. Gdyby nie on z pewnością dalej tkwiłabym pod wodą. Ale moja siostra mnie stamtąd wyciągnęła. I mimo, że nadal czułam potworne kłucie w sercu, patrzyłam z nadzieją na przyszłość.
-Jak to jest możliwe, że w ogóle się nie postarzałaś?-ciszę przerwały słowa Ani.-I co się z tobą do tej pory działo? Poznam odpowiedzi?
Spuściłam głowę. Zastanawiałam się, co mam powiedzieć. Od czego zacząć. Mówienie, co się ze mną działo nie było przyjemne. Dziewczyna wyczula, że to drażliwy temat i wstała wyciągając do mnie rękę.
-Albo wiesz co?-zaczęła.-Chodźmy najpierw coś zjeść.
A więc czas wrócić do żywych...
Jack
Kiedy przystępowałem do Strażników otrzymałem jedno życzenie, które North mógł spełnić. Zażyczyłem sobie wtedy własnego pokoju, do którego nikt nie miał wstępu bez mojej zgody. Gdybym wiedział, co będę przeżywał w przyszłości poprosił bym o życie mojej córki.
Elsa stała się wrakiem samej siebie. Odrzucała psychologów i leki, a ja wpadałem w szał, kiedy widziałem ją w takim stanie.
Przychodziłem codziennie. Właściwie zawsze byłem przed drzwiami tuż przed tym, gdy czas na odwiedziny się zaczynał. Bolało mnie, że nie ma mnie przy niej w nocy. Że nie mogę jej przytulić i odgonić straszne sny. Chciałem jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham.  Że mimo tego, co się stało nadal pragnę z nią być. Że wszytko będzie dobrze. Ale wchodząc do jej pokoju i widząc zamyśloną minę wiedziałem, że nic co powiem do niej nie dotrze. Więc robiłem to, co mogłem-byłem. Łapałem ją za dłoń i całowałem, a potem siedzieliśmy w ciszy przez cały nasz wspólny czas. Czasami orientowała się, że przyszedłem, spoglądała na mnie i mrugała na powitanie. Czasami nie robiła nic, nawet, gdy złapałem ją za rękę.
Kiedy dostaliśmy wypis, Elsa niemal uciekała ze szpitala. Była po środkach przeciwbólowych, więc zyskała siły i determinację do opuszczenia szpitala. Doskonale wiedziałem, co czuje, bo czułem dokładnie do samo. Ale w ramach uprzejmości musiałem jeszcze podziękować pielęgniarką za opiekę, odebrać receptę na leki, które moja narzeczona musiała przyjmować. Musiałem wysłuchać wskazówek na temat dalszego jej leczenia. Pani doktor proponowała, by Elsa spotkała się z rodziną. Podobno ich obecność miała działać na nią kojąco. Mimo iż wiedziałem, że to niemożliwe, przytakiwałem, by jak najszybciej się stamtąd wydostać.
 Ona nie mówiła nic. Czułem, jak bije od niej aura irytacji, że jeszcze musi siedzieć w tamtym miejscu. W końcu jednak udało nam się uciec.
Kiedy dotarliśmy do domu Elsa niemal od razu popędziła na górę. Byłem pewny, że do sypialni, ale kiedy zobaczyłem, jak skręca w przeciwnym kierunku-zamarłem. Wiedziałem gdzie szła, ale nie byłem pewny, czy się na to zgodzę.
Dotarłem na górę błyskawicznie. Ciało mojej ukochanej trzęsło się. Obróciła się w moją stronę zdesperowanym spojrzeniem.
-Daj mi klucz-powiedziała, a mnie przeszedł dreszcz na jej głos. Zupełnie nie przypominał mi tego melodyjnego świergotu.
-Elsa, nie sądzę, że to dobry pomysł...
-Jack, proszę. Im szybciej się z tym uporam, tym szybciej się z tym pogodzę. Proszę, daj mi klucz. Wpuść mnie tam.
Miała rację. Cholerną rację. Wyciągnąłem klucz z kieszeni i jej go podałem. Powinienem dać jej czas, ale nie potrafiłem po prostu odejść. Silniejsza była potrzeba jej chronienia.
Weszła do pokoju przesuwając ręce po kołysce, pluszakach, meblach.
W pewnym momencie upadła na kolana i zaczęła głośno płakać. Natychmiast do  niej podbiegłem obejmując ją i  kołysząc w geście uspokojenia.
-Nie potrafiłam, Jack.Nie potrafiłam jej ochronić. Nie potrafiłam...
-Ci...cichutko skarbie-starałem się ją uspokoić. To nie była jej wina, tylko moja. Ja skazałem moją malutką córeczkę na śmierć i moją cudowną narzeczoną na ból. Zawiodłem je obie.
Płakaliśmy oboje. Nasze łzy mieszały się, ale miałem wrażenie, że nas to oczyszcza. Wyrzucaliśmy z siebie to, co leżało nam na sercu. Nasz ból.
  Spodziewałem się, że kiedy wrócimy do domu będzie lepiej. Oczywiście nie oczekiwałem natychmiastowej poprawy, ale po dwóch tygodniach wcale nie było lepiej. Wręcz przeciwnie coraz gorzej. Elsa nie jadła, nie rozmawiała, jedyne co robiła to wiecznie przesiadywała w pokoju dziecięcym z malutkimi bucikami w dłoni. Kiedy cokolwiek ją pytałem spoglądała na mnie, a potem odwracała wzrok.
Musiałem coś zrobić, ale nie miałem pojęcia co. Próbowałem już wszystkiego. Zapraszałem Sophie, by z nią porozmawiała, sam próbowałem jej pomóc, dzwoniłem nawet do lekarza, zapytać co mam robić. Znów usłyszałem to samo co wcześniej-najlepsza byłaby rodzina.
Zamierzałem zrobić wszystko, by tylko wróciła moja ukochana Elsa. WSZYSTKO.
Dlatego pewnego dnia, zaraz kiedy się obudziłem, a jej znów nie było w moim łóżku zadzwoniłem do Sophie, by przyszła popilnować dziewczyny, gdyby coś miało się stać. Od jej próby samobójczej nie zamierzałem ryzykować zostawiając ją samą.
Przyjaciółka zjawiła się szybko, za co dziękowałem, bo chciałem wyruszyć jak najszybciej.
-Nie wchodź do niej, chyba że poczujesz, że coś jest nie tak. Dopóki siedzi w pokoju jest okej. Ale gdyby wychodziła, od razu reaguj. Ale tylko w nagłych wypadkach. Nie chcę, by wiedziała, że mnie nie ma. Mogłaby pomyśleć...z resztą nieważne.-przywitałem ją od progu.
-Jack, to tylko Elsa. Daje sobie radę z 16 dzieciaków, ona nie stanowi problemu.-odpowiedziała ściągając płaszcz i wieszając go w szafie.-Powiesz mi, gdzie jedziesz. Bo raczej byś się tak nie wystroił do sklepu.
Puściłem jej uwagę o moim wyglądzie mimo uszu.
-Chcę jej pomóc. Jadę po jej siostrę. Daleko. Nie będzie mnie jakieś 4, 5 godzin...Pilnuj ją proszę. I dziękuję.
Spojrzała na mnie niepewnie.
-Jeżeli dowiem się, że ją zdradzasz, szczególnie teraz osobiście powieszę cię za jaja. Ale jeżeli naprawdę chcesz jej pomóc-leć.
Tak jak powiedziała, tak zrobiłem. Niemal od razu ruszyłem. Nie chciałem jechać samochodem, szczególnie że zależało mi na czasie i że drogę powrotną miałem pokonać właśnie w ten sposób. Uniosłem się w górę, a płaszcz, który miałem ubrany zaszeleścił. Zmierzałem do miejsca, gdzie cała ta historia się zaczęła.
 Nie do końca wiedziałem, gdzie miałem szukać. Z pewnością nie w domu ich "rodziców", może u Kristoffa, ale tego też nie byłem pewien. Zamierzałem zacząć od tamtego miejsca.
Wylądowałem tuż obok mojego starego mieszkania, ale nawet na nie nie spojrzałem. Od razu ruszyłem do domu starego przyjaciela.
Niestety nie miałem szczęścia. W tamtym mieszkaniu znajdował się już jakiś inny gościu, który nie była zbyt przyjaźnie nastawiony. Udałem się więc do baru, w którym kiedyś pracował Kris. Również tam go nie było. Podobno już dawno zrezygnował z pracy. Jeden z pracowników podał mi adres miejsca, w którym podobno pracował, a ja chciałem całować go po rękach za tą informację.
Adres okazał się być prawidłowy. Od razu od wejścia do "Mroźnego Zoo" ujrzałem chłopaka uśmiechającego się do jednego z reniferów. Wydawało się, że z nim rozmawia. Na ten widok zachciało mi się śmiać.
-A co to, znalazłeś sobie w końcu przyjaciela?-zapytałem opierając się o barierkę. Kristoff zesztywniał i powoli odwrócił się w moją stronę. Zamknął oczy, a potem je otworzył i zamrugał.
Potem podszedł do mnie, a ja zastanawiałem się, co właściwie chce zrobić. Kiedy poczułem kłujący ból w szczęce zrozumiałem, że mnie uderzył. I to mocno.
-Najpierw znika Elsa, potem ty. Aż tu nagle zjawiasz się po latach i tak po prostu się ze mnie naśmiewasz. Kto, głupi idioto, dał ci takie prawo?-wysyczał przez zaciśnięte zęby. Okej, nie takiej odpowiedzi oczekiwałem.
-Też cię miło widzieć-powiedziałem, rozcierając szczękę.
-Gówno prawda. Skoro wróciłeś, czegoś na pewno chcesz. Gadaj, zanim cię kopnę za zniszczenie życia Ani.
Najwyraźniej z relacji "kumple" przeszliśmy na relacje "wrogowie". Miałem gdzieś co on o mnie sądzi. Potrzebowałem Ani, nie jego.
-Potrzebuję Anki-powiedziałem tylko.
-Chyba sobie żartujesz!-parsknął śmiechem.-Jeżeli myślisz, że...
-Elsa straciła dziecko. Jest gorzej niż powinno. Ostatnia nadzieja w Ance.
Jego twarz zmiękła.
-Stary, ja...
-Nie.-powiedziałem stanowczo przerywając mu. Wcześniej nie miał problemu ze zmieszaniem mnie z błotem. Nie potrzebowałem jego współczucia.-Muszę się z nią spotkać.
-Jasne, kończę pracę wieczorem. Dam ci adres, to nie daleko.-powiedział i zaczął zapisywać coś na kartce, którą wyciągnął z kieszeni, po czym mi ją podał.-Przykro mi, Jack.
-Niepotrzebnie-odparłem i wyszedłem z tamtego miejsca.
 Faktycznie ich dom był niedaleko. W ogródku siedziała Anka nucąc i wyrywając trawę z grządek. Zastanawiałem się, co miałem powiedzieć. W końcu to musiał być dla niej duży szok.
-Ania?-powiedziałem w końcu, a ona uniosła głowę.
-Jack!-krzyknęła, wstała i podbiegła do mnie, by mnie przytulić.-Znalazłeś Elsę prawda? Co ja gadam, jasne, że znalazłeś. Zniknąłeś, bo jej szukałeś, prawda? Gdzie ona jest? Przyjechała z tobą?
-Ania!
-Ach, no tak, przepraszam. Proszę, wejdź do środka. Wszystko mi opowiesz.
  Już po chwili siedzieliśmy przy stole. Ona zrobiła sobie herbatę, a ja poprosiłem tylko o wodę. W końcu śpieszyło mi się.
-No to mów, gdzie jest moja siostra.-powiedziała entuzjastycznie, a ja nie miałem serca, by niszczyć jej humor.
-Potrzebuję twojej pomocy. A raczej Elsa jej potrzebuje.
-Oczywiście. Czy coś jej jest? Jest chora?
-Nie, chociaż można tak powiedzieć. Ona...ja...Straciliśmy dziecko. Poroniła.-spuściłem głowę. Nie sądziłem, ze mówienie o tym, będzie takie trudne. Poczułem jak Ania gładzi mnie po ręce.
-Przykro mi.-odparła uśmiechając się smutno.-Znaliście płeć?
-Tak...To miała być córka.
-Boże...Naprawdę mi przykro. Jak mogę wam pomóc.
-Jedź ze mną do Elsy. Ona...nie je, nie odzywa się. Nie wiem, co robić. Kiedy byliśmy jeszcze w szpitalu, próbowała się zabić. Jesteś ostatnią nadzieją.
-Ale co ja mam zrobić?
-Porozmawiaj z nią. Lekarka, która opiekowała się Elsą twierdzi, że spotkanie z rodziną jej pomoże. Błagam, jedź ze mną.
Wstała i podeszła do okna. Spoglądała przez nie przez chwilę, a potem wyciągnęła komórkę wybierając czyjś numer.
-Kris, muszę jechać do Elsy-powiedziała stanowczo do aparatu.-Nie rozumiesz, ona mnie potrzebuje!....Nie....Dobrze, ale....Nie! To ty posłuchaj! Moja siostra żyje, ale może już nie długo. Jadę do niej. Muszę. A to, że nie chcesz tego zaakceptować, to tylko twoja sprawa. Żegnam.-rozłączyła się i odłożyła telefon gwałtownie na stół. -Jedziemy. Już. Zanim ten patafian się tu zjawi...
Nie mogłem się nie uśmiechnąć. Ta dziewczyna rozsiewała wokół siebie pozytywną energię. I może wydoroślała, ale nic się nie zmieniła.
Oczywiście bycie idiotą to moja naturalna cecha i nie pomyślałem o tym, czym wrócimy do domu. Na szczęście Ania miała swój samochód* dzięki czemu mój wyjazd nie okazał się stracony.
Kiedy w końcu dotarliśmy do domu, dziewczyna niemal wybiegła z pojazdu.
-Ładnie tu.-powiedziała oglądając okolicę.-Tylko samotnie.
-Lubimy samotność.-otworzyłem drzwi.-Wejdź proszę.
Od progu przywitała nas Sophie wycierająca ręce. Zmierzyły się wzrokiem. Coś czułem, że te dwie się nie polubiły. PO chwili Ania odwróciła się do mnie i przybliżyła.
-Jeżeli zdradzasz Elsę, to obiecuję, że cię uduszę.-szepnęła.
-W takim razie nie jesteś sama-powiedziała Sophie z uśmiechem. A może jednak się polubią. W końcu przyjaźń łączy nienawiść do jednej osoby, nie?
-Sophie, to właśnie Anna, siostra Elsy. Ania, to Sophie, przyjaciółka Elsy. -przedstawiłem im siebie, a potem skupiłem się na pomocy mojej ukochanej.-Ania, chodź, zaprowadzę cię do niej. A ty Sophie poczekaj tu na mnie.
Poszedłem pierwszy schodami a za mną wlokła się dziewczyna.
-Poczekaj tu, powiem jej, że ma gościa.-szepnąłem, będąc przed drzwiami. Skinęła głową, a ja wszedłem do środka niepewnie. Nawet mnie nie zauważyła, zrobiła to dopiero, gdy przed nią uklęknąłem i dotknąłem ręką jej uda. Przechyliła delikatnie głową, a ja cieszyłem się, że to jest lepszy z jej dni.
-Masz gościa, słońce.-rzekłem, a na jej twarzy pojawiła się przez sekunda jakaś emocja. To było już bardzo dużo. Skinęła głową, a ja oddaliłem się i wpuściłem do pokoju Anie. Potem zszedłem na dół wiedząc, że moja narzeczona jest bezpieczna i że potrzebują chwili dla siebie.
-Są do siebie podobne.-powiedziała Sophie, ubierając się, gdy tylko przestąpiłem próg korytarza.
-Z wyglądu owszem. Ale na pewno nie z charakteru.
-Może-wzruszyła ramionami.
-Nie było żadnych problemów?
-Nie. Siedziała cały czas w tym samym pokoju. Raz do niej zajrzałam i nadal siedziała w tej samej pozycji. Jack...dobrze, że pojechałeś po tę rudą. Zawsze myślałam, że Elsa ma młodszą siostrę, ale wyglądają na bliźniaczki.
-Nie ważne.-powiedziałem, chcąc szybko zmienić temat.-Dziękuję, że przyszłaś. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.
-Jasne. Nie ma sprawy. Trzymaj się, Jack. Daj znać jak mają się sprawy.-odparła i wyszła. Spojrzałem w górę i postanowiłem iść do kuchni przyrządzić jakiś posiłek. Jeżeli nie dla Elsy, to chociaż dla Anki.


*Przepraszam, za beznadziejność opisania tej sceny, ale naprawdę NAPRAWDĘ nie znam się na samochodach, więc wolałam nie napisać nic, niż kompletnie się skompromitować i zepsuć wam historię. 

Heeej! Tak, wiem, znowu opóźnienie, ale wiecie jaki jest okres świąt-cały czas coś się dzieje, to odwiedziny, to jakiś wyjazd...Poza tym rozdział jest długi (ale i tak go skróciłam maksymalnie) i ciężko było mi opisać niektóre sceny, well...no mam nadzieję, że zrozumiecie.
Powoli zbliżamy się do końca, ale planuję zrobić wam jeszcze kilka bonusów i muszę poważnie zastanowić się nad kontynuacją. Na razie jednak cieszcie się tym, co jest.
Pozdrawiam ;*

niedziela, 23 października 2016

Rozdział XLI

Elsa
Mój umysł był otumaniony i otępiały. Nie czułam się sobą. Jednym ciałem. Praktycznie nic nie czułam, nie wiedziałam gdzie jestem ani ile  czasu znajdowałam się w tym stanie.
W końcu zaczęły do mnie docierać pojedyncze odgłosy kroków, pikania a także mojego własnego oddechu. Poczułam swoje ciało. Poruszyłam palcami, choć był to wysiłek większy, niż mogłam sobie wyobrazić. Zaczęłam odczuwać ból, ale nie potrafiłam jeszcze określić, w której części mojego ciała się znajdował. Uniosłam powieki, ale ostre światło od razu zniechęciło mnie do dalszych prób. Zaczęły do mnie docierać wydarzenia z niedalekiej przeszłości. Najpierw, przypomniałam sobie groźbę Mroka. Przeszedł mnie dreszcz, ale również to wydawało się bolesne. Potem przypomniałam sobie Jack'a. Mojego Jack'a. Moją miłość. A potem dziecko. Ból, który poczułam przez sen. Krzyk, który wydawałam. Echo, które  towarzyszyło każdemu skurczowi. Musiałam wiedzieć, że z moim maleństwem wszystko dobrze. Zebrałam się w sobie i znów spróbowałam otworzyć oczy.
Biel, która mnie oślepiła, przytłaczała i kojarzyła się z najgorszym. Wzrok miałam cały czas zamglony, a ciało odrętwiałe. Moja percepcja widzenia była całkowicie zaburzona.
Zdołałam dojrzeć kołdrę, którą byłam przykryta. Miała brzydki, zielony kolor i była rozkopana w każdym miejscu. Ujrzałam jej wzniesienie w okolicy brzucha. Mojemu dziecko nic się nie stało. Było bezpieczne.
Chciałam unieść rękę i pogłaskać to miejsce, ale nie mogłam się poruszyć. Otwarcie oczu było dla mnie wystarczająco męczące. Zamknęłam je z powrotem i znów odpłynęłam w sen. Wydawało mi się, że słyszę otwieranie drzwi i poczułam chłód oplatający moje palce.
-Czas wstać.-usłyszałam miękki i ciepły kobiecy głos. Był zupełnie podobny do głosu mojej babci, którą pamiętałam z dzieciństwa. Czyżbym umarła?
-Kochanie, proszę, otwórz oczy.-usłyszałam szept Jack'a. Jego głos wydawał się być tak pogrążony w smutku, że zapragnęłam otworzyć oczy i pocieszyć go, że nic mi nie jest. Że nasze dziecko jest już bezpieczne. A potem pragnęłam mu wszytko opowiedzieć. O Mroku i o jego groźbach. Chciałam, by mój narzeczony go znalazł i zabił za opowiadanie takich bzdur.
Zebrałam w sobie wszystkie siły i otworzyłam oczy. Ujrzałam twarz starszej kobiety, która spoglądała na mnie z wymuszonym uśmiechem. W jej oczach jednak czaił się smutek.
-Witam-powiedziała.-Jestem Debby Wint. Jestem twoim lekarzem prowadzącym i chciałabym zadać ci kilka pytań. Potem zostawię cię z twoim narzeczonym.-wzięła w swoją ciepłą rękę moją dłoń.-Ściśnij moją rękę, jeżeli boli cię głowa.
Ścisnęłam.
-Dobrze. Wiesz jak się nazywasz?
-Elisabeth...-nie dokończyłam, kiedy poczułam jak bardzo zdarte mam gardło. Zupełnie jakbym naruszyła niedawno zaschnięte strupy.
-Dobrze, nie kończ. Posłuchaj, czy boli cię...coś jeszcze oprócz głowy?
Pokiwałam głową.
-Dobrze, co to takiego?
Wzruszyłam ramionami. Moje ciało było obolałe i bolało mnie wszytko, a jednocześnie nie potrafiłam wymienić choćby jednego bolącego miejsca.
-Nie wiesz...Dobrze, zostawiam cię z Jack'iem.-powiedziała, po czym puściła moją rękę i zwróciła się do Jack'a.-Nie męcz jej za bardzo. Musi teraz dużo odpoczywać.
-Mogę...mogę jej powiedzieć?-spytał schrypniętym głosem. Co się stało?
-Tak, ale...zrób to delikatnie.
Usłyszałam zamykanie drzwi, a potem Jack usiadł zaraz obok mnie. Moja uwaga oparła się zupełnie na jego lodowych, błękitnych oczach, w których czaił się smutek. Chciałam wyciągnąć ku niemu rękę i pogłaskać go po twarzy, ale nie miałam na to siły. Widząc, że chcę podnieść rękę chłopak złapał ją i ucałował paliczki palców. Przeszedł mnie dreszcz i uśmiechnęłam się nie znacznie. Nie odwzajemnił mojego uśmiechu.
-Bardzo mocno cię kocham-powiedział. W jego oczach zaszkliły się łzy.-Bardzo, rozumiesz? I nic tego nie zmieni. NIC. Rozumiesz?
Pokiwałam głową na tak. Dlaczego był taki smutny? Przecież wszystko było w porządku. Czyżby...czy moje dziecko było chore? Może lekarze wykryli jakąś chorobę? To dlatego był smutny?
-Co z dzieckiem?-wyszeptałam tak cicho, że bałam się, ze mnie nie usłyszy. Widziałam jednak jak się wzdryga, kiedy o tym wspomniałam, więc jednak o to chodziło.-Co z nim?
Pokręcił głową, a po jego policzkach spłynęły łzy.
-Nie udało się.-powiedział, nie otwierając oczu.
-Co?-moje gardło błagało, bym nie mówiła już nic więcej, ale ja musiałam wiedzieć, dlaczego jest taki smutny.
-Nie żyje. Nasza córka zmarła.
W tamtym momencie w moje ciało wstąpił jakiś inny duch. Duch matki, którą nie byłam.
-Jack, co ty mówisz, przecież ono żyje...Przecież...Patrz...Ono...-odkryłam kołdrę. Nie było tam brzucha. Nie było tam mojego dziecka. Mojej córki. Naszej córki.
-Jack?! Gdzie ono jest?! Oddaj mi ją!-krzyczałam i szarpałam się, chcąc zejść z łóżka. Czułam jak moje znikome siły ustępują, ale musiałam znaleźć moje dziecko!
-Elsa, uspokój się. Ono nie żyje.-próbował mnie przytulić. Po mojej twarzy samoistnie spływały łzy, a gardło zdarło się ponownie sprawiając, że nie mogłam nawet oddychać.
A wtedy wszystko pękło. Mój świat. Moje serce. Moje ciało. Poczułam się otumaniona. Zaczęłam krzyczeć.
Jack
Siedzenie na tamtym miejscu bez żadnych wieści o ukochanych osobach to najgorsze co mogło przytrafić się komuś takiemu jak ja. Na korytarzu panowała kompletna cisza, a ja od czasu do czasu słyszałem wrzask Elsy. Chciałem rwać sobie włosy z głowy, ze nie zareagowałem wcześniej. Zaraz, kiedy tylko zaczęła się dziwnie zachowywać.
Z sali wybiegła pielęgniarka ubrudzona krwią.
-Co z nią? Co z dzieckiem? Przeżyli? Proszę mi odpowiedzieć!-zalewałem pielęgniarkę pytaniami, a ta przełknęła ślinię i odezwała się szybko.
-Proszę pana. Proszę się uspokoić.
-Nie, nie uspokoję się! Chce wiedzieć co z dzieckiem...
-Proszę pana...
-Niech pani tak do mnie nie mówi! Niech pani mi powie, co z Elsą!
-Ogarnij się!-krzyknęła. W tamtym momencie uznałbym ją za babcie, albo mamę karcącą syna, ale byłem zbyt otępiały z bólu i niepewności, by to zauważyć.-Twoja dziewczyna umiera nam właśnie na stole operacyjnym! Musisz zdecydować, czy chcesz uratować ją, czy dziecko!
Moje serce zamarło, by potem przyspieszyć maksymalnie.
-C-co...?
-Oboje nie przeżyją. Musisz się zdecydować na jedno z nich. Teraz. Nie mamy dużo czasu, inaczej oboje zginą!
Nie mogłem sobie wyobrazić życia bez Elsy. Ale zabicie maluszka też było nie do pomyślenia. Nie wiedziałem co zrobić. PO mojej twarzy lały się łzy bezsilności. To było straszne. Decydowanie o śmierci.
Zamknąłem oczy i z całej siły zacisnąłem zęby. Ona mi tego nie wybaczy. Nigdy mi tego nie wybaczy.
-Niech pani uratuje matkę.-szepnąłem i upadłem bezsilnie na ziemię.
W chwili, w której ja zalewałem się płaczem, moje maleńkie dziecko umierało. Elsa nie mogła się dowiedzieć. Gdyby dowiedziała się, że to ja jestem odpowiedzialny za jego śmierć, nie darowałaby mi. Byłem odpowiedzialny za jego śmierć. Zabiłem własne dziecko.
-Proszę wstać-usłyszałem. Nie wiedziałem, ile czasu tak leżę. Ale po prostu nie potrafiłem wstać. Byłem zbyt bezsilny.
Spojrzałem w górę i ujrzałem twarz tej samej pielęgniarki, która wcześniej do mnie wyszła.
-Czy to...-próbowałem zacząć, ale nie potrafiłem odnaleźć odpowiednich słów.
-Zapraszam pana do mojego gabinetu. Tam spokojnie porozmawiamy.
Wzięła mnie pod ramię i udaliśmy się w nieznanym mi kierunku.
  To nie była pielęgniarka. Okazało się, że to lekarka, która miała teraz prowadzić moja ukochaną.
-Mogę mówić ci Jack?-spytała, a ja pokiwałem głową. Była ode mnie dużo starsza, więc kiedy mówiła do mnie pan, czułem się dziwnie.
-Elsa to twoja dziewczyna, czy...
-Narzeczona.-powiedziałem.
-Dobrze. Twoja narzeczona poroniła. Niestety mogliśmy uratować tylko jedno z nich. Gdyby było to dziecko, utrzymywalibyśmy matkę w stanie uśpienia tylko ze względu na dziecko. Nie było by z nią jednak żadnego kontaktu, a po urodzeniu, od razu by zmarła. Jednak zdecydowałeś się ją uratować, co oznacza, że musieliśmy pozwolić dziecku odejść.
-Możemy już o tym nie wspominać?-spytałem czując jak gula rośnie mi w gardle.
-Oczywiście. Elsa jest teraz nieprzytomna, ale kiedy się obudzi, będzie trzeba poinformować ją o tym, że...sam wiesz. Chcesz, żebym ja to zrobiła, czy wolisz zrobić to sam?
-Sam. Czy...mogę iść ją zobaczyć?
-Oczywiście. Sala 209.-dotknęła mojej ręki.-przykro mi, Jack.
-Mnie też. Nawet nie wie pani jak bardzo.-powiedziałem i natychmiast wyszedłem.
  Wyglądała jakby spała. Gdybym położył się obok niej mógłbym sobie wyobrazić, że to po prostu kolejny poranek i nasze dziecko nadal żyje. Przeciągnąłbym się i położył dłoń na brzuchu. Dziecko by kopnęło, a ja uśmiechnąłbym się i zaczął wielbić każdy skrawek ciała mojej narzeczonej.
Rzeczywistość była jednak dużo straszniejsza i okropna. Spędziłem przy Elsie tyle czasu. A ona nawet się nie poruszyła. Oddychała tylko miarowo, a ja oddychałem razem z nią. W pewnym momencie zaczęła się szarpać i kręcić. Już myślałem, że wstaje, ale ona tylko rozkopała kołdrę i znów zanurzyła się w sen.
W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie poznałem płci dziecka. Otarłem łzy, które nie przestawały płynąć i ruszyłem do gabinetu. Z jednej strony nie chciałem zostawiać jej samej, a z drugiej nie potrafiłem znieść tego, że jest sama. Beż drugiego życia.
Zaraz, gdy wyszedłem z sali natknąłem się na panią doktor.
-Przepraszam.-powiedziałem, zatrzymując ją. Musiałem wyglądać okropnie, bo kiedy tylko mnie zobaczyła popatrzyła na mnie zmartwionym wzrokiem.
-Coś się stało, Jack?-spytała.
-Nie, ja tylko...chciałem zapytać...czy...to był chłopiec, czy...dziewczynka?-w końcu przeszło mi przez gardło.
Uśmiechnęła się smutno.
-Dziewczynka.
  Wróciłem do sali. Mogłem mieć córkę. Miałem córkę. Małą księżniczkę. Na pewno byłaby tak piękna jak jej matka. Boże, dlaczego ona musiała umrzeć?! Jak mogłem na to pozwolić?!
Położyłem głowę na nogach Elsy i głośno zapłakałem. Nie mogłem sobie wybaczyć, że pozwoliłem umrzeć mojemu małemu słoneczku.
  Nie wiem ile tak leżałem, ale w pewnym momencie do sali wkroczyła pani doktor mówiąc, że będą wybudzać Elsę. Wstałem i złapałem ją za bezwładną rękę. Lekarka wstrzyknęła dziewczynie jakiś płyn i zaczęła delikatnie nią potrząsać.
-Czas wstać.-powiedziała, a moja ukochana zaczęła poruszać powiekami
-Kochanie, proszę, otwórz oczy.-wyszeptałem, nie mogąc się już doczekać jej pięknych oczu, które wkrótce zobaczyłem. Zabarwione były zdezorientowaniem.
-Witam-powiedziała pani doktor.-Jestem Debby Wint. Jestem twoim lekarzem prowadzącym i chciałabym zadać ci kilka pytań. Potem zostawię cię z twoim narzeczonym.-złapała jej drugą rękę-Ściśnij moją rękę, jeżeli boli cię głowa.
Zrobiła dokładnie to, co powiedziała lekarka.
-Dobrze. Wiesz jak się nazywasz?
-Elisabeth...-zaczęła, ale przez schrypnięty głos nie powiedziała nic więcej. Był taki przerażający, rzężący, przyprawiający o ciarki.
-Dobrze, nie kończ. Posłuchaj, czy boli cię...coś jeszcze oprócz głowy?
Pokiwała.
-Dobrze, co to takiego?
Wzruszyła ramionami, a ja zastanawiałem się, co ma oznaczać ta odpowiedź.
-Nie wiesz...Dobrze, zostawiam cię z Jack'iem.-powiedziała, po czym zwróciła się do mnie..-Nie męcz jej za bardzo. Musi teraz dużo odpoczywać.
-Mogę...mogę jej powiedzieć?-spytałem.
-Tak, ale...zrób to delikatnie.
Pani Debby wyszła, a my zostaliśmy sami. Usiadłem i wpatrywałem się w jej zdezorientowaną twarz. Poruszyła dłonią, więc natychmiast ją złapałem i pocałowałem. Uśmiechnęła się. Boże, naprawdę się uśmiechnęła. Czy to był ostatni uśmiech jaki miałem zobaczyć? Miałem przecież spuścić na nią wiadomość, niczym kubeł zimnej wody. Nie chciałem tego robić. Ale ie miałem wyjścia. Musiałem.
-Bardzo mocno cię kocham-powiedziałem, a słowa nie chciały przejść mi przez gardło-Bardzo, rozumiesz? I nic tego nie zmieni. NIC. Rozumiesz?
Pokiwała głową.
-Co z dzieckiem?-wyszeptała, a ja się wzdrygnąłem. Co miałem jej powiedzieć? Co powinno się mówić w takich sytuacjach?
-Co z nim?-spytała ponownie, tyle że głośniej. Nie chciałem by mówiła, ponieważ wiedziałem, że ją to bolało. Miała zdarte struny głosowe, co musiało potwornie boleć.
Pokręciłem głową, nie umiejąc dobrać odpowiednich słów. Czułem, że zaczynam pękać.
-Nie udało się.-powiedziałem nie wiedząc, czy ona zrozumie.
-Co?-spytała jeszcze głośniej. Błagałem, by nic już nie mówiła.
-Nie żyje. Nasza córka zmarła.
-Jack, co ty mówisz, przecież ono żyje...Przecież...Patrz...Ono...-odkryła błyskawicznie kołdrę, a ja zastanawiałem się, skąd te jej siły.
-Jack?! Gdzie ono jest?! Oddaj mi ją!-zaczęła krzyczeć i się szarpać, a ja byłem całkowicie bezsilny.
-Elsa, uspokój się. Ono nie żyje.-chciałem ją przytulić, powiedzieć, ze wszytko będzie dobrze, chodź z pewnością nie miało być.
Nigdy nie zapomnę jej zachowania z tamtego momentu. Krzyczała tak głośno, że miałem wrażenie, że jej gardło wcale nie jest zdarte. Ale kiedy zaczęła kaszleć krwią i płakać jeszcze głośniej, chciałem lecieć po lekarza. Ale nie mogłem jej zostawić. Błagałem, by ktoś ją usłyszał i przyszedł jej pomóc.
W pewnym momencie zaczęła łapać się za włosy, jakby chciała je wyrwać. Złapałem jej nadgarstki i przyszpiliłem do łóżka. Z oczu lały się łzy, a z ust krew. Zamknąłem oczy nie mogąc znieść widoku mojej Elsy w takim stanie.
W końcu pojawiła się pai doktor, która podała Elsie środek uspokajający, a także przeciw bólowy. jeszcze długo wstrząsał nią szloch, aż w końcu zasnęła. A ja miałem ochotę się zabić, za to, że to ja do tego dopuściłem...



No to na koniec totalny rozpierdziel. Przykro mi, że musiałam uśmiercić to biedne dziecko, ale niestety taka kolej rzeczy. Mam nadzieję, że nie chcecie mnie zabić...aż tak bardzo.
Mam też dla was takie pytanko, po prostu chciałabym poznać waszą opinię na ten temat:
Gdybyście stanęły na miejscu Jack'a, uratowałybyście matkę, czy dziecko?
Kocham was <3
Pozdrawiam ;*

Rozdział XL

Elsa
Pierwszy dzień minął bez zmian. Starałam się ograniczyć stres do minimum. Nie pozwoliłam Jack'owi ruszać się z domu dłużej niż na dziesięć minut. Kiedy mijały, zaczynałam panikować.  Nie lubił tego, więc nie zostawiał mnie. Dzięki temu, czułam się bezpieczniejsza.
Drugiego dnia zaczęłam przyzwyczajać się, że nic mi nie może się stać. Mrok bredził i nie mógł kontrolować małego życia wewnątrz mnie.
Trzeciego dnia znów zaczęłam się stresować. Dziecko od rana nie kopnęło ani razu, a ja zestresowałam się jeszcze bardziej.
-Przestań-usłyszałam zirytowany głos Jack'a. Nie zrozumiałam, o co mu chodzi, dopóki nie wyjął mojego kciuka z ust. Obgryzałam paznokcie. Nigdy mi się to nie zdarzyło, zawsze dbałam o dłonie, ale teraz dosłownie szalałam ze strachu.
-Przepraszam.-popatrzyłam na niego przepraszającym wzrokiem. Wziął w swoje dłonie moją rękę.
-Nie przepraszaj, tylko mi powiedz o co chodzi.
-Nie...jeszcze nie teraz. Proszę, nie męcz mnie. Jutro...jutro już będzie dobrze, tylko dziś...wytrzymaj jeszcze dziś, proszę...
Popatrzył na mnie z bólem w oczach. Wiem, że chciał mi pomóc, ale nie mógł. Gdyby się dowiedział...zdenerwował by się, co zdenerwowało by mnie i dziecko.
-Elsa...
-Nie, Jack. Proszę, daj mi dziś spokój. Prosze...
Westchnął i puścił moją rękę niemal agresywnie, a potem zszedł na dół, zostawiając mnie samą.
       Jack wszedł do pokoju i spojrzał na mnie. Leżałam już w łóżku i czekałam na niego. Cały dzień unikaliśmy siebie, ale tak bardzo mi go brakowało...Położył się obok mnie, a potem przeniósł tak, że po chwili zwisał nade mną.
-Elsa-powiedział przesuwając palcami po mojej twarzy. Czułam kojące zimno i niemal zapłakałam z przyjemności
-Jack.
-Cokolwiek się dzieje, możesz mi ufać. Kocham cię. Wiesz o tym. Słońce, boli mnie to, że coś się dzieje, a ja nie mogę ci pomóc. Kochanie, proszę, PROSZĘ, powiedz mi, co jest?
Boże, ona tak bardzo mnie kochał, a ja byłam dla niego taka okropna. Poczułam jak ściera moje łzy. Już chciałam mu powiedzieć, ale poczułam chęć bliskości.
-Przytul mnie. I nie wypuszczaj.-szepnęłam, a kiedy mnie przytulił poczułam się bezpiecznie
-Nigdy.-szepnął i cmoknął mnie w czoło, a przeze mnie przeleciała fala miłości.
   Minęła 23:30. Mrok mnie okłamał. Moje maleństwo było bezpiecznie. Praktycznie zostało mi jeszcze pół godziny, ale przez trzy dni nic się nie działo, więc te pół godziny nie robiło mi różnicy.
Chciałam poczekać do północy, ale oczy same mi się zamykały. Byłam zmęczona po trzech dniach oczekiwania i szybko zasnęłam.
  Wydawało mi się, że nie przespałam pięciu minut. Obudził mnie potworny ból w dole brzucha. Pisnęłam i zwinęłam się w kłębek. Tak bardzo mnie bolało...
-Elsa, słońce, co się dzieje?!-usłyszałam głos Jack'a, ale nie byłam w stanie otworzyć oczu, z których i tak ciekły łzy bólu.
-Dziecko...-zdołałam wyszeptać, po czym po złapał mnie kolejny skurcz, a ja krzyknęłam.
-O Boże...-usłyszałam, a potem poczułam jak mnie podnosi.
  Nie wiem gdzie byłam. Bolało mnie wystarczająco, by oderwać mnie od rzeczywistości. Czułam w gardle ogromną suchość i wydawało się, że spływa krwią, ale najgorszy był ból niżej.
Moje dziecko...Moje maleństwo...Uratują je...Będziemy bezpieczni...Oboje...
Poczułam ukłucie na ramieniu. Ostatnie co widziałam to zegar. 23:59.
Jack
Mogłem spokojnie powiedzieć, że Elsie odbiło przez te ciążę. Zachowywała się jak psychopatka. Ciągle zaglądała na zegar. Obgryzała paznokcie. Głaskała się po brzuchu częściej niż to konieczne. A co najgorsze: nie pozwalała opuszczać domu. Kiedyś wyszedłem do ogrodu.  Kiedy wróciłem zrobiła mi tyradę o tym, jak bardzo ją denerwuje. Po pół godzinie krzyków  rozpłakała się i przez resztę dnia nie odstępowała mnie na krok. Kochałem ją jak szalony, ale zachowywała się jak nie ona...
Chcąc ją odstresować puściłem nam jakiś film w telewizji i przytuliłem ją na łóżku. Wtuliła się we mnie od razu, a ja poczułem się lepiej.
Jednak już po kilku minutach zaczęła obgryzać kciuk. Jej twarz napięła się i wyglądała nienaturalnie.
-Przestań.-powiedziałem, a ona popatrzyła na mnie z niezrozumieniem. Westchnąłem i wyjąłem jej palec z ust. Elsa zaczerwieniła się odrobinę i spojrzała na mnie przepraszającym wzrokiem.
-Przepraszam.-powiedziała i zaczęła bawić się rękami. Złapałem jej dłoń w swoje.
-Nie przepraszaj, tylko mi powiedz o co chodzi.
-Nie...jeszcze nie teraz. Proszę, nie męcz mnie. Jutro...jutro już będzie dobrze, tylko dziś...wytrzymaj jeszcze dziś, proszę...
Zawsze tak było. Ja ją pytałem, a ona mnie zbywała. Ja chciałem pomóc, a ona nie chciała mojej pomocy. Wkurzało mnie to i bolało bardziej niż cokolwiek innego.
-Elsa...-chciałem spróbować, ale ona znów mnie zbyła.
-Nie, Jack. Proszę, daj mi dziś spokój. Prosże...
Puściłem jej rękę i niemal wybiegłem z pokoju. Byłem tak wkurzony, że nie mogłem ustać na nogach. Ma swój spokój. Beze mnie.
 Myśl, że coś mogło być nie tak prześladowała mnie przez cały czas. Do końca dnia nie odzywaliśmy się do siebie, ale kiedy wieczorem wszedłem do sypialni moja narzeczona już leżała w łóżku przygotowana do snu. Chociaż w sumie wcale tak nie wyglądała. Mięśnie miała napięte, oczy żywe, a oddech szybki. Okej, to było już nie do pomyślenia.
Położyłem się obok niej.
-Elsa-powiedziałem zawisając nad nią i głaszcząc ją po twarzy. Prąd zimna przeleciał przez moje palce.
-Jack.-jej głos był napięty i zmysłowy.
-Cokolwiek się dzieje, możesz mi ufać. Kocham cię. Wiesz o tym. Słońce, boli mnie to, że coś się dzieje, a ja nie mogę ci pomóc. Kochanie, proszę, PROSZĘ, powiedz mi, co jest?
Spojrzała na mnie z łzami w oczach. Starłem je, kiedy spłynęły z jej twarzy.
-Przytul mnie. I nie wypuszczaj.-powiedziała i zapłakała. Zgarnąłem ją w swoje ramiona.
-Nigdy.-szepnąłem i pocałowałem ją w czoło.
   Obudził mnie przeraźliwy krzyk mojej ukochanej. Natychmiast zerwałem się, gotowy do działania. Elsa zwijała się z bólu obok mnie. Jej oddech był szybki, świszczący.
-Elsa, słońce, co się dzieje?!-zapytałem widząc jak zaciska oczy.
-Dziecko...-usłyszałem, a moje serce zabiło tysiąc razy szybciej kiedy znów przeraźliwie krzyknęła.
Odkryłem ją, a moje serce stanęło. Poczułem jak niewidzialna siła ściska mi płuca, nie pozwalając oddychać.
Moja narzeczona leżała w kałuży krwi.
-O Boże...-wyszeptałem i natychmiastowo wziąłem ją na ręce. Wybiegłem z domu w samych spodniach od piżamy i uniosłem się w górę. Musieliśmy być w szpitalu. NATYCHMIAST.
Elsa znów krzyknęła, kiedy przekroczyliśmy próg najbliższego szpitala. Od razu podleciały do nas pielęgniarki wypytując o najróżniejsze rzeczy, a ja po prostu chciałem, żeby pomogły Elsie. W końcu jedna z nich podjechała z wózkiem, na którym posadziłem moje słońce. Kazały mi czekać. I się uspokoić. Tylko jak ja się miałem uspokoić, kiedy nie wiedziałem co się dzieje?!
Usiadłem na jednym z krzeseł pod salą, w której zniknęła Elsa i spojrzałem na swoje dłonie ubrudzone jej krwią. Cały byłem nią umazany. Boże, nasze dziecko...Przyłożyłem dłonie do twarzy i zapłakałem.


Wybaczcie małe spóźnionko, zagapiłam się na Rio 2 xD
Kolejny rozdział zaraz jak skończę go pisać ;)

Rozdział XXXIX

Elsa
Wyszłam z toalety wycierając twarz. Od kilku dni, regularnie co rano zwracałam wszytko co zjadłam. Dziś miałam udać się na wizytę u ginekologa by dowiedzieć się, czy wszystko w porządku. Mieliśmy też dowiedzieć się o płci dziecka, ale mdłości i zmęczenie nie dawały mi spokoju. Ledwo zdołałam się podnieść z łóżka, więc musieliśmy przełożyć naszą wizytę. Mój ginekolog powiedział, żeby odpoczywała i piła dużo wody.
Położyłam się na plecach i zamknęłam oczy. Ta ciąża wysysała ze mnie życie i sprawiała, że byłam uziemiona. A to było nie do zniesienia.
Usłyszałam, że ktoś stawia szklankę na stoliku obok łóżka. Otworzyłam oczy i zobaczyłam zmartwioną twarz Jack'a.
-Słońce, napij się wody-powiedział pomagając mi usiąść.
Zimny płyn przelał się przez  moje gardło sprawiając, że uciążliwe pieczenie nieco zmalało. Nie miałam siły siedzieć, więc od razu się położyłam. Chciało mi się płakać z bezsilności.
-Martwię się-powiedział głaszcząc mnie po brzuchu. Dziecko od niedawna zaczęło kopać, przez co ręce mojego narzeczonego znajdowały się na moim brzuchu częściej niż to konieczne.
-Ja też.-wyszeptałam i poczułam łzy pod powiekami. Cokolwiek zjadłam, wszystko zwracałam kilka godzin potem. Bałam się, że dziecko nie będzie rosło przez brak składników odżywczych.
-Może powinniśmy jechać do szpitala co?-zapytał a ja gwałtownie się skrzywiłam. Nie chciałam. Szpital oznaczał, że było naprawdę źle, a ja nie chciałam by było źle.
-Proszę cię nie. Lekarz powiedział, że powinno mi przejść. Przyjmuję tyle pokarmu ile tylko mogę. I biorę witaminy.
-No dobrze-westchnął.-Ale jeżeli w ciągu najbliższych dni ci się nie poprawi, jedziemy do szpitala.
     Te kilka dni okazały się zbawienne. Zaczęłam przyjmować coraz więcej jedzenia, nie byłam tak bardzo zmęczona i co najważniejsze-w końcu przestałam wymiotować. Niestety nadal nie mogłam chodzić do pracy, a bardzo mi na tym zależało. Jack widząc, że mi zależy zaproponował, że mnie zastąpi. Dzieciaki już go znały i lubiły, a to było najważniejsze. Na początku martwił się, czy może mnie zostawiać samą w domu, ale zdołałam go przekonać.
Więc od kilku dni od rana do popołudnia bywałam w domu sama. Najczęściej się leniłam, spałam, a czasami wychodziłam do ogrodu.
Mieszkaliśmy w miejscu, gdzie nie było zbyt wielu ludzi, więc zawsze miałam ciszę i spokój. W naszej okolicy mieszkała jedna kobieta z mężem, ale i tak trzeba było przejść spory kawałek. Cieszyłam się, że nasze życie pozbawione jest wścibskich sąsiadów i ich niewyparzonych gęb.
Weszłam do kuchni i zrobiłam sobie herbatę imbirową. Przeczytałam, że to pomaga na ciążowe mdłości, więc wypróbowałam i naprawdę mi zasmakowało. Oczywiście, nie mogłam pić gorącej herbaty, ale z moimi mocami szybko stała się chłodna.
Złapałam koc i książkę, którą ostatnio czytałam i udałam się do ogrodu. Usiadłam na huśtawce i przykryłam brzuch kocem. Nie było mi zimno, ale martwiłam się o dziecko. Nadal nie było wiadomo, czy będzie miało takie same moce jak ja czy Jack, ale wolałam nie ryzykować. Rozsiadłam się wygodnie i zagłębiłam się w lekturze.
-John Green? Czy to nie lektura dla nastolatek?-usłyszałam jego głos. Moje mięśnie napięły się niebezpiecznie, a serce przyspieszyło. Nienawidziłam jego tonu głosu-zbyt podniosłego i zbyt mrocznego.  Przełknęłam ślinę i wzięłam głęboki oddech starając się uspokoić. Wiedziałam, że stres nie był dobry dla dziecka.
-Czego tu chcesz?-spytałam powoli podnosząc głowę. Stał zdecydowanie za blisko mnie. Odruchowo złapałam się za brzuch chcąc ochronić życie wewnątrz mnie.
-Tego, czego zawsze chciałem. Ciebie.-odezwał się i spojrzał na mój brzuch z nieoczekiwaną satysfakcją i radością.-Ciebie i twojego dziecka.
Wstałam gwałtownie.
-Spróbuj mu coś zrobić, a Jack cię zabije.-wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
-Tak jak zrobił to ostatnim razem? Proszę cię, nie oszukujmy się. Spokojnie, nie zamierzam krzywdzić ani ciebie ani twojego dziecka. Potrzebuję go. Ale musisz iść ze mną inaczej wszystko będzie źle.
Przerażał  mnie jego spokojny ton głosu. Zachowywał się tak, jakby prosił mnie o szklankę cukru.
-Nigdzie z tobą nie pójdę.-powiedziałam.
-Pójdziesz. A jak nie, dziecko umrze.
Wydawało mi się, ze krew odpływa mi z ciała.
-Nie wierzę ci-powiedziałam słabszym głosem niż zamierzałam.-Nie wierzę w ani jedno twoje słowo!
-Ten dzieciak umrze w ciągu trzech kolejnych dni!-wykrzyczał, a mnie przeszedł dreszcz.-Nie rozumiesz tego, głupia?! MUSISZ iść ze mną!
W środku dygotałam ze strachu, ale nie zamierzałam mu tego pokazywać. Nachyliłam się ku niemu.
-Pieprz się.-wysyczałam i szybko udałam się do domu. Zniknął. Oparłam się o ścianę i zapłakałam. Nie chciałam mu wierzyć. Wszytko co mówił musiało być perfidnym kłamstwem.
Weszłam do sypialni po telefon. Zadzwoniłam natychmiastowo do Jack'a.
-Słońce?-słysząc jego głos poczułam spokój.
-Wracaj do domu, proszę.-powiedziałam płaczliwym tonem.
-Elsa, co się stało?-spytał zmartwiony.-Nie ważne, już lecę. Wytrzymaj kochanie.
Rozłączyłam się i usiadłam na łóżku. Podkuliłam nogi pod brodę. Będę musiała mu powiedzieć. Nie chciałam. Za bardzo się bałam.
Brzęk otwierania drzwi kluczami wyrwał mnie z otępienia. Zerwałam  się z łóżka i popędziłam ku drzwiom, w których stał Jack. Rzuciłam mu się w ramiona czując bezpieczeństwo.
-Co się stało, kochanie?-spytał, głaszcząc mnie po włosach.
"Był tu Mrok i powiedział, że nasze dziecko zginie"
-Tęskniłam.
To było kłamstwo, ale strach przed powiedzeniem prawdy był zbyt duży.
-Ja też tęskniłem. Stało się coś jeszcze?-spytał dotykając mojego brzucha, a ja zamknęłam oczy z ulgą czując delikatnie kopnięcia.
-Nie. To tylko hormony ciążowe. Ale...chciałabym, byś ze mną został.
-Jasne, słońce. Ile tylko będziesz chciała.
Jack
Usłyszałem spłukiwanie wody w toalecie na górze. Elsa od kilku dni co rano wymiotowała. Cieszyłem się z tego dziecka bardziej niż z czegokolwiek innego. Ale widok Elsy w stanie opłakanym było najgorszym co mogło być. Chciałem skrócić jej cierpienie, ale nie mogłem nic zrobić.
Była odwodniona i mało jadła, ale i tak wszytko zwracała. Lekarz powiedział, ze to normalne w ciąży i że ma dużo pić i odpoczywać. Miałem gdzieś tego pożal się boże doktorka. Jeżeli mojej narzeczonej albo naszemu dziecku coś by się stało, zabiłbym go gołymi rękami.
Nalałem wody do szklanki i wszedłem po schodach do mojej ukochanej. Leżała bezwładnie na łóżku i oddychała ciężko. Patrząc na nią bolało mnie serce.
Postawiłem szklankę na stoliku.
-Słońce, napij się wody-powiedziałem, podnosząc ją do pozycji siedzącej. Nie potrafiła nawet siedzieć, więc od razu po wypiciu całej szklanki położyła się z powrotem. Miałem ochotę coś rozwalić.
-Martwię się-szepnąłem, kładąc rękę na brzuchu i głaszcząc delikatnie. Dziecko kopało, co utwierdzało mnie, ze wszystko jest w porządku.
-Ja też.-odszepnął, a ja zmartwiłem się jeszcze bardziej. Nie powinna się stresować.
-Może powinniśmy jechać do szpitala co?-zapytałem, ale widząc jak się skrzywiła, doskonale wiedziałem, jaka będzie odpowiedź.
-Proszę cię nie. Lekarz powiedział, że powinno mi przejść. Przyjmuję tyle pokarmu ile tylko mogę. I biorę witaminy.
-No dobrze-westchnąłem.-Ale jeżeli w ciągu najbliższych dni ci się nie poprawi, jedziemy do szpitala.
Wolałem zabrać ją tam od razu. Ale może faktycznie miało być lepiej. Postanowiłem poczekać.
  Opłacało się. Kilka dni po naszej rozmowie mdłości zaczęły ustawać, a mnie rosło serce. Myśl, że moje słońce wracało do zdrowia była dla mnie jak tlen.
Chciałem z nią zostać, ale uparła się, bym szedł do ośrodka za nią. Z jednej strony nie zamierzałem nigdzie iść, bo chciałem mieć pewność, że czuje się dobrze. Z drugiej jednak dzieciaki w ośrodku musiały bardzo tęsknić i nie chciałem, by były nieszczęśliwe. Niedawno umarło kolejne dziecko, ale nie chciałem nic mówić Elsie, bo to zestresowałoby ją, a nie chciałem do tego dopuścić. Zgodziłem się.
  Tego dnia dzieciaki były wyjątkowo spokojne, więc nie musiałem robić nic wielkiego. Kiedy wychodziłem, moja narzeczona wydawała się czuć doskonale, więc zdziwiłem się, kiedy do mnie zadzwoniła około południa.
-Słońce?-spytałem, kiedy słyszałem jej nierówny oddech. Biegła?
-Wracaj do domu, proszę.-słysząc jej płaczliwy ton ścisnęło mnie w dołku.
-Elsa, co się stało?-spytałem, ale nie chciałem słyszeć odpowiedzi przez telefon.-Nie ważne, już lecę. Wytrzymaj kochanie.
Coś było nie tak. Czułem jak moje serce bije nierówno. Boże, jeżeli to było coś  dzieckiem...Nie, to nie to. Po prostu się czegoś przestraszyła. Może pająka. Ale to nie mogło być dziecko!
Kiedy znalazłem się pod domem ręce trzęsły mi się tak bardzo, że nie potrafiłem utrzymać kluczy.
Bałem się, że jest za późno. Że stało się coś okropnego...Ale kiedy Elsa wbiegła w moje ramiona poczułem ulgę. Była bezpieczna i co najważniejsze, nasze dziecko też.
-Co się stało, kochanie?-spytałem, głaszcząc ją po włosach chcąc uspokoić.
-Tęskniłam.-szepnęła słabym głosem. Tak, jasne. I to dlatego płakała i wydawała się przerażona.
-Ja też tęskniłem. Stało się coś jeszcze?-nie mogąc się oprzeć położyłem dłonie na jej brzuchu. Delikatne kopnięcia sprawiły, że moje ciało odprężyło się. Moje maleństwo było bezpieczne. Tak jak jego cudowna mamusia.
-Nie. To tylko hormony ciążowe. Ale...chciałabym, byś ze mną został.
-Jasne, słońce. Ile tylko będziesz chciała.

HEJOOOO! Zaczynamy maraton taką małą dramą...Spokojnie, potem będzie tylko gorzej ;) xD
Kolejny rozdział już za TRZY GODZINY o 14:00.
PS. Boże, jak ja za wami tęskniłam <3

sobota, 22 października 2016

Co powiecie na maraton?

Wracam do świata żywych! A skoro tak dawno mnie nie było, to co powiecie na...mały maraton? Jutro zamierzam wstawić aż trzy rozdziały! Czy mi się to uda, nie wiem, ale będę się bardzo starać. No ale czekają na nas trzy niesamowicie interesujące rozdziały, ale nadal będę potrzebowała waszego wsparcia <3
Kocham was
Pozdrawiam ;*

niedziela, 9 października 2016

Co się dzieje?

Nawet...nawet nie wiem jak zacząć.
Nie chce wam pisać, że mam ciężko w życiu, że źle się czuję, że nie mam weny...
Bo to takie proste.
Nie chcę wstawiać czegoś, co wymusiłam. Tydzień temu nie było rozdziału. Teraz też go nie będzie. Obiecuję, że kiedy tylko jakoś się zrehabilituje zrobimy jakiś super maraton. Jakoś wam to wynagrodzę.
Ale jak na razie nie potrafię napisać nic.
Wiem, że często to robię, ale niestety tak to już jest.
Przepraszam, że znowu was zawiodłam.
Kocham was.
Pozdrawiam.